Przez tydzień córka wychodziła do szkoły, a jechała do ojca

Przez tydzień córka wychodziła do szkoły, a jechała do ojca

Telefon ze szkoły zadzwonił w środę, kiedy odcedzałam ziemniaki do obiadu. Na stole leżał otwarty rachunek za prąd, obok stała miska z mizerią, a mój mąż, Paweł, szukał w szufladzie korkociągu, choć do kolacji zostało jeszcze kilka godzin. Spojrzałam na ekran i zobaczyłam numer liceum mojej córki.

Maja miała wtedy piętnaście lat i chodziła do pierwszej klasy liceum w Skierniewicach. Każdego ranka wychodziła z mieszkania kilka minut po siódmej, w granatowej kurtce i z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię. Słyszałam, jak zamyka drzwi na klatkę, czasem jeszcze wołałam za nią, żeby wzięła kanapki z lodówki.

Miałam wtedy pięćdziesiąt jeden lat i byłam przekonana, że potrafię rozpoznać, kiedy własne dziecko coś przede mną ukrywa. Po rozwodzie Maja została ze mną w mieszkaniu na osiedlu, a do Tomasza jeździła co drugi weekend. Nie kłóciliśmy się już o alimenty ani święta, ale nadal mieliśmy inne podejście do wychowania. On mówił, że czasem trzeba dziecku odpuścić. Ja odpowiadałam, że odpuszczanie jest łatwe, kiedy ktoś inny pilnuje dziennika elektronicznego, wizyt u lekarza i zebrań.

— Dzień dobry, mówi wychowawczyni Mai — usłyszałam. — Chciałam zapytać, czy córka jest chora.

Oparłam dłoń o blat.

— Nie. Rano normalnie wyszła do szkoły.

Po drugiej stronie zrobiło się cicho.

— Pani Anno, Mai nie ma na lekcjach od poniedziałku.

Zakręciłam gaz pod garnkiem. Nie pytałam już o oceny ani usprawiedliwienia. Wychowawczyni powiedziała tylko, że nieobecności są na wszystkich lekcjach i że wcześniej nic podobnego się nie zdarzało.

Wieczorem Maja wróciła o zwykłej porze. Zdjęła buty w przedpokoju, rzuciła plecak pod wieszak i zajrzała do kuchni.

— Co na obiad?

— Zupa pomidorowa. Jak było w szkole?

Otworzyła lodówkę.

— Normalnie. Kartkówka z biologii była bez sensu.

Patrzyłam, jak wyjmuje sok i nalewa go do szklanki. Przez chwilę chciałam powiedzieć, że dzwoniła wychowawczyni. Zamiast tego zapytałam o koleżanki z klasy.

— Mamo, daj spokój — odpowiedziała i odwróciła się do mnie plecami. — Jestem zmęczona.

Nie naciskałam. Po rozwodzie z jej ojcem nauczyłam się, że Maja zamyka się jeszcze bardziej, kiedy dorośli zaczynają ją przesłuchiwać. Tomasz zawsze miał z nią łatwiejszy kontakt. Był tym rodzicem, który pozwalał zjeść pizzę na kolację i nie robił awantury o kubek zostawiony na biurku. Ja pilnowałam dentysty, zebrań, terminów i podpisów.

Następnego ranka odprowadziłam Maję wzrokiem z balkonu. Poszła w stronę przystanku jak zawsze. Poczekałam kilka minut, wzięłam kluczyki i pojechałam za autobusem.

Przy liceum wysiadła razem z innymi uczniami. Większość weszła przez główną bramę, a Maja skręciła w stronę niewielkiego parkingu przy piekarni. Stała tam może dwie minuty, aż podjechała stara srebrna skoda.

Poznałam samochód od razu. Za kierownicą siedział Tomasz.

Nie wysiadłam. Widziałam, jak Maja otwiera drzwi, siada obok niego i podaje mu coś zawiniętego w papier. Pewnie drożdżówkę. Tomasz powiedział coś, po czym oboje się uśmiechnęli. Potem odjechali.

Pojechałam za nimi aż na obrzeża miasta. Zatrzymali się przy małym barze niedaleko zalewu. O tej porze było prawie pusto. Weszli do środka i usiedli przy stoliku pod oknem.

Kiedy mnie zobaczyli, Tomasz odstawił filiżankę.

— Anka…

— Szkoła dzwoniła wczoraj.

Maja spuściła wzrok na serwetkę.

Usiadłam naprzeciwko nich. Na stole leżał zeszyt w kratkę. Kilka stron było zapisanych datami, nazwiskami i krótkimi zdaniami.

— Od kiedy? — zapytałam.

— Od poniedziałku — odpowiedział Tomasz.

— I uznałeś, że najlepiej nic mi nie mówić?

Przesunął palcem po brzegu filiżanki.

— Najpierw chciałem zrozumieć, co się dzieje.

Maja odezwała się dopiero wtedy.

— To ja go prosiłam.

Z początku mówiła urywanymi zdaniami. Cztery dziewczyny z klasy zaczęły od komentarzy o jej ubraniach. Potem robiły zdjęcia podczas przerw i wysyłały je na grupie. Kiedy Maja zgłaszała się na polskim, szeptały za jej plecami, że znowu się popisuje. Na stołówce zajmowały miejsca tak, żeby nie mogła usiąść obok innych.

Najgorzej było w szatni po WF-ie. Jedna z dziewczyn schowała jej ubrania, a potem nagrała telefonem, jak Maja ich szuka. Film krążył między uczniami przez cały weekend.

— Czemu nic nie powiedziałaś? — zapytałam.

Maja skubała róg serwetki.

— Bo poszłabyś od razu do dyrektorki.

— A ty czego chciałaś?

— Żeby przez kilka dni nikt na mnie nie patrzył.

Tomasz wyjaśnił, że w poniedziałek rano zadzwoniła do niego z przystanku. Powiedziała, że boli ją brzuch i że nie wejdzie do szkoły. Odebrał ją. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Zaczął spisywać z nią wszystko, co się wydarzyło: daty, wiadomości, nazwiska świadków. Mieli też zrzuty ekranu z klasowej grupy.

— Powinieneś był zadzwonić — powiedziałam.

— Wiem.

Nie bronił się. To chyba złościło mnie mniej niż gdyby próbował.

Pojechaliśmy do szkoły we troje. W sekretariacie pachniało kawą i papierem z ksero. Dyrektorka poprosiła pedagog szkolną, a Maja położyła zeszyt na biurku. Przez pierwsze minuty mówił głównie Tomasz. Potem pedagog poprosiła, żebyśmy dali Mai skończyć własnymi słowami.

Siedziałam obok i słuchałam rzeczy, których moja córka nie potrafiła powiedzieć mi przy kuchennym stole.

Szkoła nie rozwiązała wszystkiego jednego dnia. Wezwano rodziców uczennic, zabezpieczono wiadomości i nagrania, część dziewczyn dostała nagany. Pedagog zaczęła spotykać się z Mają raz w tygodniu. Przez jakiś czas zmieniono jej też grupę na języku angielskim i zajęciach wychowania fizycznego.

Wieczorem wróciliśmy do mnie. Paweł zrobił herbatę i bez pytań postawił przed Mają talerz z kanapkami. Tomasz stał chwilę w przedpokoju, jakby nie wiedział, czy ma wejść dalej.

— Następnym razem dzwonisz — powiedziałam.

— Zadzwonię.

Maja spojrzała na nas oboje.

— A wy następnym razem najpierw mnie słuchacie.

Tomasz skinął głową.

— Umowa.

Nie było potem nagłej przemiany. Maja przez kilka tygodni rano sprawdzała telefon przed wyjściem i czasem prosiła, żebym podwiozła ją pod samą szkołę. Ja nauczyłam się nie pytać codziennie: „Czy już jest dobrze?”. Czasem po prostu robiłam kakao i siadałam obok niej przy stole.

Któregoś listopadowego ranka znalazłam w kuchni kartkę. „Mam dziś sprawdzian z biologii. Nie budź mnie telefonem o ósmej, naprawdę będę w szkole.”

Pod spodem narysowała małą strzałkę i dopisała: „Kanapki zabrałam.”

Pudełko po nich wróciło po południu puste.