Na pierwszej randce zamówiła najdroższe danie, a przy rachunku zmieniła ton

Na pierwszej randce zamówiła najdroższe danie, a przy rachunku zmieniła ton

Miałem pięćdziesiąt trzy lata i właśnie próbowałem nie rozlać kawy na świeżo wyprasowaną koszulę, kiedy zadzwoniła moja siostra. Była sobota, chwilę po siedemnastej, a ja od pół godziny chodziłem między łazienką a kuchnią, jakbym szykował się na rozmowę o pracę, nie na zwykłą kolację.

— Tylko nie odwołuj — powiedziała Agnieszka zamiast „cześć”. — Znam cię.

Spojrzałem na klucze leżące obok rachunku za prąd i pokręciłem głową. Od rozwodu minęły prawie cztery lata. Córka studiowała już w Poznaniu, była żona układała sobie życie po swojemu, a ja nauczyłem się wracać do cichego mieszkania w bloku i nie traktować tej ciszy jak kary. To Agnieszka podczas niedzielnego obiadu u mamy założyła mi profil na portalu randkowym.

Dorotę poznałem tam kilka tygodni później. Miała pięćdziesiąt lat, pracowała podobno w sprzedaży, dużo podróżowała i pisała bez tych wszystkich zdrobnień, które zawsze mnie krępowały. Po kilku rozmowach zaproponowała kolację w restauracji nad Motławą w Gdańsku. Miejsce wybrała sama.

Napisałem jej wcześniej wprost, że na pierwszym spotkaniu wolę podzielić rachunek. Nie dlatego, że liczę każdą złotówkę. Po prostu po rozwodzie stałem się ostrożniejszy wobec ludzi, którzy mówią jedno, a potem zakładają, że zrobię drugie.

„Jasne, dla mnie normalne” — odpisała.

To mnie uspokoiło.

Restauracja była elegancka, ale bez przesady. Ciemne drewno, białe obrusy, kelnerzy w czarnych fartuchach. Przyszedłem kilka minut wcześniej i usiadłem przy stoliku pod oknem. Dorota pojawiła się punktualnie, w granatowej sukience i jasnym płaszczu. Pachniała mocnymi perfumami, które przez chwilę przypomniały mi korytarz w domu towarowym, gdzie kiedyś przed świętami kupowałem żonie kosmetyki.

Na początku rozmawiało się z nią łatwo. O dzieciach, pracy, wyjazdach, o tym, że w naszym wieku człowiek ma już swoje przyzwyczajenia. Kiedy kelnerka podała karty, Dorota nawet nie patrzyła długo.

— Mają homara — powiedziała. — Rzadko sobie odmawiam dobrych rzeczy.

Cena była podana przy wadze, ale mniej więcej wiedziałem, że samo danie wyjdzie ponad trzysta złotych. Do tego zamówiła kieliszek prosecco, później drugi, a na koniec deser. Ja wziąłem dorsza i wodę.

Nie komentowałem. Każdy zamawia dla siebie to, na co ma ochotę i za co zamierza zapłacić.

W połowie kolacji zadzwoniła moja córka. Odrzuciłem połączenie i wysłałem wiadomość, że oddzwonię później. Dorota zerknęła na ekran.

— Jedynaczka?

— Tak. Julia.

— To pewnie oczko w głowie.

Uśmiechnąłem się.

— Bywa też kontrolą skarbową. Jak nie odpisuję godzinę, pyta, czy żyję.

Dorota się roześmiała i przez chwilę pomyślałem, że Agnieszka jednak miała rację. Może trzeba było po prostu wyjść z domu i przestać zakładać z góry, że wszystko skończy się niezręcznie.

Po deserze kelnerka przyniosła rachunek w skórzanej okładce. Położyła go pośrodku stołu.

Dorota nie sięgnęła po torebkę.

Ja wyjąłem portfel.

— To poprosimy osobno — powiedziałem. — Tak jak ustalaliśmy.

Dorota oparła się wygodniej o krzesło.

— Naprawdę?

Nie wiedziałem, o co pyta.

— No tak. Mówiłem ci wcześniej.

Poprawiła serwetkę na kolanach.

— Myślałam, że to taki tekst na wszelki wypadek. Wiesz, żeby sprawdzić, czy nie lecę na darmową kolację.

— Odpisałaś, że ci pasuje.

— Odpisałam. Ale pierwszy raz zaprasza mężczyzna.

Przez moment obracałem w palcach kartę płatniczą. Nie miałem ochoty urządzać sceny. Przy sąsiednim stoliku starsze małżeństwo dzieliło kawałek szarlotki, ktoś przy barze śmiał się za głośno, kelner zbierał kieliszki.

— Dorota, nie zapraszałem cię. Umówiliśmy się na kolację i na podział rachunku.

Westchnęła, jakbym komplikował rzecz oczywistą.

— Marek, naprawdę będziesz robił problem o kilkaset złotych?

— Nie o pieniądze chodzi.

— Zawsze tak mówią ludzie, którym chodzi o pieniądze.

Wtedy podeszła do nas kelnerka. Miała może trzydzieści kilka lat, włosy spięte wysoko i zmęczoną twarz kogoś, kto od kilku godzin jest na nogach.

— Czy rozdzielić rachunek? — zapytała.

— Tak — odpowiedziałem.

Dorota weszła mi w słowo.

— Chyba jednak jeden. Pan zapłaci.

Kelnerka spojrzała na nią dłużej. Nie niegrzecznie. Raczej jak ktoś, kto próbuje sobie coś przypomnieć.

— Przepraszam — powiedziała po chwili. — Czy pani nie była u nas pod koniec zeszłego miesiąca?

Dorota odwróciła głowę w stronę okna.

— Nie przypominam sobie.

Kelnerka nadal stała przy stoliku.

— Siedziała pani chyba dwa stoliki dalej. Też był homar.

Zrobiło się cicho tylko między nami, bo reszta sali żyła swoim rytmem.

Dorota położyła telefon ekranem do dołu.

— Chyba mnie pani z kimś myli.

— Mogę sprawdzić z kierownikiem — odparła kelnerka. — Pamiętam, bo wtedy został nieuregulowany rachunek za część zamówienia. Była podobna rozmowa.

Dorota natychmiast się wyprostowała.

— To już jest bezczelność.

Kelnerka nie podniosła głosu.

— Zaraz poproszę kierownika.

Patrzyłem na talerz po deserze Doroty, na okruszki przy łyżeczce i plaster cytryny zostawiony obok kieliszka. Nagle cała wcześniejsza rozmowa o podróżach i „cieszeniu się życiem” zabrzmiała inaczej.

Kierownik przyszedł po kilku minutach. Rozmawiał spokojnie, prawie szeptem. Powiedział Dorocie, że obsługa rzeczywiście ją pamięta i że mają zapis poprzedniej wizyty oraz niezamknięty rachunek. Nie wdawał się w publiczną awanturę. Po prostu poprosił, żeby tym razem uregulowała swoją część, a sprawę poprzedniego rachunku wyjaśniła z nim przy recepcji.

Dorota spojrzała na mnie.

— Możesz to po prostu zapłacić i skończymy ten cyrk.

Pokręciłem głową.

— Zapłacę za swoje.

Wyjęła kartę. Terminal zapiszczał i kelnerka spojrzała na ekran.

— Niestety, płatność odrzucona.

Dorota zacisnęła usta. Grzebała chwilę w torebce, aż znalazła drugą kartę. Tym razem transakcja przeszła. Podpisałem swój rachunek, zostawiłem napiwek i wstałem.

Na zewnątrz padał drobny deszcz. Zadzwoniłem do Agnieszki jeszcze spod restauracji.

— I jak? — spytała.

— Masz herbatę?

— Mam. I sernik od mamy.

Dwadzieścia minut później siedziałem w jej kuchni. Jej mąż oglądał mecz w pokoju, czajnik syczał, a na stole stał talerzyk z wyschniętym brzegiem sernika z poprzedniego dnia. Opowiedziałem jej wszystko bez upiększania.

Agnieszka słuchała, wycierając blat ścierką, choć nic się na niego nie wylało.

— Wiesz, czego się bałam? — powiedziała w końcu. — Że po rozwodzie będziesz wszystkim udowadniał, jaki jesteś bezproblemowy.

— Też się tego bałem.

Podała mi kubek.

Telefon zawibrował. Julia napisała: „No i? Żyjesz?”

Odpisałem: „Żyję. Historia długa. Jutro zadzwonię.”

Agnieszka przeczytała mi przez ramię i parsknęła śmiechem.

Potem siedzieliśmy jeszcze chwilę bez rozmowy. Za oknem ktoś parkował pod blokiem, w rurach zaszumiała woda, z pokoju dobiegł głos komentatora. Zjadłem sernik do końca i dopiero wtedy zauważyłem, że od dawna nie myślałem o tej kolacji.