Telefon zawibrował obok talerza z pomidorową, kiedy jadłam późną kolację w kuchni mamy. Od dwóch miesięcy mieszkała już w domu opieki pod Łodzią, a ja przyjeżdżałam do jej mieszkania dwa razy w tygodniu: opłacić rachunki, zabrać pocztę, sprawdzić, czy nic nie przecieka. Tego wieczoru miałam jeszcze przejrzeć papiery dotyczące jej emerytury. Zamiast tego otworzyłam aplikację randkową.

Miałam pięćdziesiąt dwa lata i żadnej wielkiej ochoty na randki. Po rozwodzie przywykłam do ciszy, własnego kubka na stole i tego, że nikt nie pyta, czemu wracam późno z pracy. Konto założyła mi właściwie moja siostra Ewa, podczas niedzielnego obiadu, kiedy mama jeszcze mieszkała u siebie.
— Chociaż porozmawiaj z kimś spoza pracy i rodziny — powiedziała wtedy, zabierając mi telefon.
Przez kilka tygodni traktowałam aplikację jak gazetę w poczekalni. Przesuwałam zdjęcia bez większego zainteresowania. Aż zobaczyłam twarz, której nie oglądałam od trzydziestu czterech lat.
Paweł.
Był starszy, oczywiście. Miał siwe włosy przy skroniach, okulary i ten sam lekko krzywy uśmiech. W liceum wystarczało, że pojawiał się na końcu korytarza, a ja już wiedziałam, że zaraz coś powie o moich grubych szkłach, zbyt dużym swetrze albo o tym, że zawsze siedzę z książką.
Raz, przed całą klasą, przeczytał na głos kartkę, którą ktoś wsunął mi do plecaka. Sam ją wcześniej napisał. Do dziś pamiętam, jak nauczycielka udawała, że poprawia coś w dzienniku.
Odłożyłam telefon i otworzyłam szufladę starego kredensu. Leżały tam zdjęcia, które mama trzymała bez żadnego porządku. Na fotografii z zakończenia liceum stałam w drugim rzędzie, chuda, spięta, w granatowej spódnicy po kuzynce. Paweł był kilka osób dalej.
Nie wiem, co mną kierowało, kiedy przesunęłam jego zdjęcie w prawo.
Po chwili pojawiła się informacja, że do siebie pasujemy.
Zadzwoniłam do Ewy. Akurat jadła kolację z mężem i słyszałam w tle brzęk sztućców.
— Pamiętasz Pawła z mojego liceum?
— Tego idiotę? — odpowiedziała bez namysłu.
Pamiętała. Była młodsza ode mnie o cztery lata, ale kilka razy widziała mnie po szkole z opuchniętymi oczami i słyszała, jak mówiłam mamie, że boli mnie brzuch, żeby następnego dnia nie iść na lekcje.
— Nie odpisuj mu — powiedziała. — Po co ci to?
Właśnie wtedy przyszła wiadomość od Pawła.
„Dobry wieczór. Widzę, że oboje nie przepadamy za zdjęciami z siłowni i cytatami o życiu. To już coś.”
Patrzyłam na ekran dłuższą chwilę. Nie napisał: „Agnieszka? To ty?”. Nie wspomniał szkoły. Zachowywał się, jakbyśmy nigdy wcześniej się nie spotkali.
Odpisałam.
Przez następne dni wymienialiśmy krótkie wiadomości. Pytał o moją pracę w księgowości, o mamę, bo wspomniałam o domu opieki, o to, czy lubię jeździć nad morze poza sezonem. Sam napisał, że jest po rozwodzie, ma dorosłego syna i prowadzi niewielką firmę instalacyjną.
Był spokojny. Uważny. Zupełnie nie przypominał siedemnastoletniego chłopaka, który potrafił przez pół przerwy chodzić za mną po szkolnym korytarzu i powtarzać moje odpowiedzi z lekcji cienkim głosem.
W piątek zaproponował kawę w małej restauracji niedaleko Piotrkowskiej.
— Nie idź — powiedziała Ewa, kiedy przywiozłam mamie czyste rzeczy do domu opieki. — Chcesz mu coś udowodnić?
— Chyba chcę zobaczyć, czy naprawdę mnie nie pamięta.
Ewa złożyła sweter mamy i położyła go na półce.
— A jeśli pamięta?
Na to nie miałam dobrej odpowiedzi.
Spotkaliśmy się w sobotę po południu. Paweł wstał, kiedy podeszłam do stolika, i odsunął mi krzesło. Zamówiliśmy kawę i szarlotkę. Przez pierwsze minuty rozmawialiśmy o korkach, remontach ulic i cenach ogrzewania. Czekałam, aż zrobi się miejsce na pytanie, które układałam sobie w głowie przez cały tydzień.
W końcu sama zeszłam na temat szkoły.
— Chodziłeś do liceum tutaj, w Łodzi?
Paweł odstawił filiżankę.
— Agnieszka, nie musisz tego robić.
Spojrzałam na niego.
— Czego?
— Udawać, że sprawdzasz, kiedy cię rozpoznam.
Kelnerka postawiła obok nas cukierniczkę i odeszła. Paweł poprawił serwetkę, choć leżała równo.
— Wiedziałeś od początku?
— Od pierwszego zdjęcia.
Przez chwilę słyszałam tylko ekspres do kawy przy barze.
— To dlaczego pisałeś do mnie jak do obcej osoby?
— Bo bałem się, że jeśli od razu napiszę, kim jestem, zablokujesz mnie. A od lat chciałem cię przeprosić.
Nie miałam ochoty mu tego ułatwiać.
— Od lat? Przecież wiedziałeś, jak mam na nazwisko.
Skinął głową.
— Wiedziałem. Tylko zawsze znajdowałem powód, żeby nic nie zrobić.
Zapytałam, co się zmieniło.
Długo mieszał kawę, choć nie wsypał cukru.
— Moja siostrzenica. Trzy lata temu zaczęła technikum. Ktoś robił sobie z niej żarty, bo nosi aparat słuchowy. Przestała jeść w szkolnej stołówce. Pewnego wieczoru siedziała u nas w kuchni i opowiadała mojej siostrze, co ten chłopak mówi. Słuchałem i nagle przypomniałem sobie siebie.
Nie patrzył na mnie, kiedy mówił dalej.
— Zrozumiałem, że dla mnie to były głupie żarty, a dla ciebie całe dni, w których trzeba było wejść do szkoły i liczyć, że dam ci spokój.
Powiedziałam mu wtedy rzeczy, których jako siedemnastolatka nie powiedziałam nikomu. Że czasem wysiadałam dwa przystanki wcześniej, żeby nie jechać z jego kolegami. Że przestałam zgłaszać się na lekcjach. Że ojciec pytał przy kolacji, czemu jestem taka cicha, a ja odpowiadałam, że jestem zmęczona.
Paweł nie tłumaczył się ani swoim wiekiem, ani kolegami.
— Byłem okrutny — powiedział. — I tchórzliwy. Nie oczekuję, że mi wybaczysz.
Siedzieliśmy jeszcze prawie godzinę. Nie było pojednania jak w filmie. Nie poczułam nagle sympatii do człowieka, którego przez lata kojarzyłam z najgorszym okresem młodości. Ale kiedy mówiłam, nie przerywał mi ani razu.
Przed wyjściem zapłacił za obie kawy. Za swoją szarlotkę zapłaciłam sama.
— Mogę kiedyś jeszcze napisać? — zapytał przy drzwiach.
Założyłam płaszcz i poprawiłam szalik.
— Lepiej nie. Ale dobrze, że powiedziałeś to dzisiaj.
Przyjął to bez dyskusji.
Wracając, wstąpiłam do mamy. Spała już, więc zostawiłam na krześle reklamówkę z mandarynkami i świeżą piżamę. Na stoliku leżał jej stary grzebień i okulary.
Następnego dnia schowałam klasowe zdjęcie z powrotem do szuflady kredensu. Tym razem nie odwróciłam go fotografią do dołu.


