Miałam pięćdziesiąt trzy lata, kiedy wreszcie potrafiłam wejść do pokoju Julki i nie szukać wzrokiem jej rzeczy. Od jej zaginięcia minęło wtedy prawie dwanaście lat, ale najlepiej pamiętam pierwszy rok. Człowiek funkcjonuje, chodzi do pracy, robi zakupy w osiedlowym sklepie, nastawia ziemniaki na obiad, a jednocześnie wszystko robi jakby obok siebie.
Julka i Lena były bliźniaczkami. Miały po trzynaście lat, kiedy pojechały na kolonie na Mazury, niedaleko Mrągowa. Lena wróciła po dwóch tygodniach autokarem z jedną torbą więcej. 𝒹𝓇𝓊𝑔ą, granatową, trzymała na kolanach przez całą drogę. Należała do Julki.
Julka zniknęła trzy dni przed końcem turnusu. Wieczorem była jeszcze z grupą przy przystani. Potem wychowawczyni zauważyła, że nie ma jej przy kolacji. Szukali jej opiekunowie, strażacy, policjanci, ludzie z psami. Przeczesywano las i brzeg jeziora. Nurkowie schodzili do wody. Nie znaleziono niczego, co dawałoby nam odpowiedź.
Po powrocie Leny mieszkanie wyglądało tak samo, ale nie było już naszym mieszkaniem. Szczoteczka Julki nadal stała w kubku w łazience. Jej kurtka wisiała w przedpokoju. Na biurku leżał zeszyt od biologii z niedokończonym rysunkiem komórki. Nie pozwalałam niczego ruszać.
Mąż próbował ze mną rozmawiać, ale po kilku miesiącach zaczął milknąć. Sam nie umiał sobie z tym poradzić. Lena siadała z nami do niedzielnego obiadu, jadła kilka łyżek rosołu i mówiła, że nie jest głodna. Ja pytałam głównie o jedno.
— Przypomniało ci się coś jeszcze z tamtego wieczoru?
Kręciła głową.
— Mamo, już wszystko powiedziałam.
Nieraz mówiła to bez złości. I chyba właśnie dlatego nie słyszałam, co naprawdę znaczyły te słowa.
Rok po zaginięciu Julki nadal dzwoniłam do komendy powiatowej częściej, niż powinnam. Znałam nazwiska policjantów prowadzących sprawę, numery telefonów, sygnaturę akt. Trzymałam w kuchennym kredensie teczkę z wydrukami, mapami okolicy, kopiami zeznań i zdjęciami Julki. Kiedy ktoś w internecie napisał, że widział podobną dziewczynę w Olsztynie albo Toruniu, potrafiłam wsiąść w samochód i jechać.
Dwa tygodnie po pierwszej rocznicy weszłam do pokoju Leny, bo szukała zeszytu od matematyki. Sama siedziała w kuchni nad zadaniem, więc powiedziałam, że zerknę pod łóżko. Były tam książki, stary plecak, skarpetka bez pary i pudełko po sportowych butach, wsunięte aż pod ścianę.
Poznałam je. Julka dostała w nim trampki na ostatnie urodziny.
Pudełko było oklejone szeroką szarą taśmą.
Kiedy wyciągnęłam je na środek pokoju, Lena pojawiła się w drzwiach.
— Po co to ruszasz?
— Co tu jest?
— Nic ważnego. Oddaj mi, proszę.
Nie podnosiła głosu. Stała tylko przy futrynie i zaciskała palce na rękawie bluzy. Powinnam była wtedy zapytać spokojnie. Zamiast tego przez głowę przeszła mi myśl, że może przez cały rok coś przede mną ukrywała.
Rozcięłam taśmę nożyczkami z biurka.
W środku były bransoletki z kolorowych nitek, kilka zdjęć z kolonii, spinka Julki, dwa bilety z kina i kartka z życzeniami z ich trzynastych urodzin. Pod spodem leżał plik kopert związanych recepturką. Na każdej pismo Leny.
„Komenda Powiatowa Policji”.
„Do policjanta prowadzącego sprawę Julii K.”
„Wydział Kryminalny”.
Usiadłam na podłodze i otworzyłam pierwszą.
Lena pisała, że jest siostrą zaginionej Julki. Pytała, czy nadal jej szukają. Czy sprawa nie została odłożona. Czy policja zadzwoni, jeśli pojawi się choć najmniejszy ślad. List nie miał znaczka. Żaden z nich nie został wysłany.
Na dnie pudełka znalazłam niebieski zeszyt.
Pierwsza strona zaczynała się od słów: „Julka, mama dalej zostawia twoją szczoteczkę w łazience. Mojej nie zauważyła, chociaż od miesiąca wypadają z niej włoski”.
Przeczytałam to jeszcze raz. Potem następny wpis.
„Wszyscy pytają mnie o jezioro. Pani pedagog, policjant, ciocia, mama. Nikt nie pyta, czy boję się zasypiać, odkąd wróciłam sama”.
Położyłam zeszyt na dywanie. Lena nadal stała przy drzwiach.
— Dlaczego mi tego nie powiedziałaś?
Wzruszyła ramionami.
— Mówiłam.
— Kiedy?
— Jak mówiłam, że nie chcę znowu jechać na komendę. Jak mówiłam, że nie chcę oglądać zdjęć z kolonii. Jak prosiłam, żebyś przyszła na moje zawody w szkole.
Pamiętałam te zawody. Nie poszłam. Tego dnia ktoś zadzwonił z informacją, że widział dziewczynę podobną do Julki na dworcu w Gdańsku.
Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam na policję. Do dziś nie wiem, czego się wtedy bałam. Chyba uznałam, że skoro Lena pisała do prowadzących sprawę i chowała listy, mogła wiedzieć coś, czego wcześniej nie powiedziała.
Patrol przyjechał po kilkunastu minutach. Jeden z policjantów znał naszą sprawę. Przeczytał dwa listy, zajrzał do zeszytu tylko na tyle, na ile pozwoliła Lena, a potem odłożył wszystko na biurko.
— Tu nie widzę nowej informacji o zaginięciu — powiedział spokojnie. — Ale państwa córka chyba od dawna potrzebuje, żeby ktoś zajął się także nią.
Nie odebrałam tego jako wyrzutu. Tym bardziej zabolało.
Po ich wyjściu usiadłyśmy z Leną w kuchni. Czajnik się wyłączył, herbata stała nietknięta. Za oknem ktoś trzepał dywan na balkonie, na klatce schodowej sąsiadka rozmawiała przez telefon. Wszystko było zwyczajne.
— Czemu nie wysłałaś tych listów? — zapytałam.
Lena obracała łyżeczkę między palcami.
— Bo bałam się, że odpiszą, że już nie szukają.
— I co wtedy?
Spojrzała na mnie dopiero po chwili.
— Ty byś tego nie wytrzymała.
To powiedziała trzynastoletnia dziewczynka, która sama wróciła z kolonii bez siostry.
Przesunęłam kubek na bok.
— Lena, to nie ty miałaś pilnować mnie.
— Wiem.
— Ani sprawy Julki.
— Wiem.
Przez chwilę słyszałam tylko zegar nad lodówką.
— Ale ktoś musiał pilnować, żeby w tym domu jeszcze dało się normalnie żyć — powiedziała. — Tata przestał pytać, bo bał się, że zaczniesz płakać. Ja przestałam mówić o Julce, bo też się bałam. A potem już nie wiedziałam, z kim mam o niej rozmawiać.
Kilka dni później poszłyśmy razem do psychologa poleconego przez policjantkę, która kontaktowała się z rodzinami osób zaginionych. Potem chodziłyśmy osobno. Sprawa Julki nadal była otwarta i nadal nie mieliśmy odpowiedzi.
Latem, przed rozpoczęciem szkoły, pojechałam z Leną na Mazury. Nie do ośrodka, tylko na mały parking przy drodze, skąd było widać jezioro. Wzięłyśmy kanapki, termos z herbatą i album ze zdjęciami, którego przez rok nie potrafiłam otworzyć.
Siedziałyśmy na ławce i wspominałyśmy Julkę bez pytań o ostatni wieczór. Lena opowiadała, jak siostra chowała rodzynki z sernika pod serwetką, bo ich nie znosiła. Ja przypomniałam sobie, jak obie w Wigilię podkradały uszka jeszcze przed kolacją.
Po jakimś czasie Lena wyjęła z kieszeni małą bransoletkę z kolorowych nitek, tę z pudełka po butach. Położyła ją między nami na ławce.
Nie schowałam jej z powrotem.


