„Wpadaj do Warszawy. Zrobię z ciebie królową wieczoru, a ta cała śmietanka towarzyska będzie cię nosić na rękach. ”
Przeczytałam tę wiadomość od Konstanta, spojrzałam na nią przez chwilę, odłożyłam telefon ekranem do dołu i wróciłam do sprawdzania ściegów na gotowym zamówieniu. Wiedziałam, co to za plan.

Mniej więcej rok wcześniej zgłosiła się do mnie wdowa po znanym kolekcjonerze sztuki. Weszłam do jej willi z tekturowym pudełkiem po kaszy gryczanej, w którym trzymałam faktury i próbki tkanin, a wyszłam z zamówieniem, które miało zmienić wszystko. Konstanty wkręcił się do mojej firmy pięć lat temu jako pośrednik z masą rzekomo bezcennych kontaktów. Gadał jak z nut, uśmiechał się od ucha do ucha i obiecywał dotarcie do najbogatszych klientów w kraju.
Ale to ja szyłam, ja haftowałam, ja pilnowałam, żeby moje dziewczyny w szwalni dostały pensję w każdy piątek, a leki dla mamy kupowały się za moje zarobione pieniądze, a nie za jego dobre chęci. On tylko podkradał się do mojego biznesu niczym kocur do miski z mlekiem. Potrafił ufundować domowi dziecka firanki tylko po to, żeby zrobić sobie ładne zdjęcie do lokalnej prasy, a później przez pół godziny robić awanturę o zbyt wysoki rachunek za prąd w wynajętej sali. Tego dnia południu podbiegła do mnie jedna z młodszych dziewczyn z zakładu, Nina, z oczami wielkimi jak pięciozłotówki.
„Pani Bożenko, on pana Konstanta słyszała, jak się śmiał do rozpuku i mówił komuś, że przywiezie ze sobą swoją wiejską gwiazdeczkę, żeby wielkie państwo zobaczyło, jak z pospolitej gliny robi się salonową ozdobę. ”
Nie zdziwiło mnie to. Konstanty myślał, że skoro jestem ze wsi, to na pewno jestem głupiutka. Że jak wyciągnie mnie przed te pięćdziesiąt osób z warszawskiej śmietanki, to będę tam stała jak cielę w malinach, a on będzie się popisywał, jaki to ma wpływ na prostych ludzi.
Całe moje dzisiejsze królestwo ruszyło przy jednym stole z dwoma starymi maszynami do szycia i fakturami chowanymi do tekturowego pudełka po kaszy gryczanej. Ale Konstanty o tym zapomniał. Zapomniał, że to ja uszyłam tamtą kreację, którą wdowa po kolekcjonerze zamówiła na najważniejszą galę roku. Weszłam na to przyjęcie bez pośpiechu.
W kreacji, którą sama zaprojektowałam i uszyłam, wartej trzy miliony złotych. Wszystkie te drogie cekinowe sukienki wokół nagle zaczęły wyglądać tandetnie, jakby ktoś o nich zapomniał i zostawił je w szafie do marca. Konstanty zobaczył mnie pierwszy. Pobladł, złapał się kurczowo brzegu stołu i całkowicie zaniemówił.
A potem podeszła do mnie ta sama starsza, elegancka pani, wdowa po kolekcjonerze sztuki, i powiedziała głośno, żeby wszyscy słyszeli:
„To jest kobieta, która uszyła suknię, jaką miałam na ostatniej aukcji w Paryżu. Nie miałam pojęcia, że pan Konstanty jest z nią zaprzyjaźniony. ”
Ktoś z boku natychmiast zaczął szeptać do sąsiada. Konstanty próbował coś wydukać, ale słowa mu uwięzły w gardle.
Podeszłam do niego spokojnie i powiedziałam cicho, ale tak, żeby najbliższe osoby usłyszały:
„Mówiłeś, że jestem twoją wiejską gwiazdeczką. Widzisz, Konstanty, ja od poniedziałku składam do sądu pozwy o natychmiastowe zerwanie wszystkich umów z tobą. Prawda ma to do siebie, że nie boi się twardych dowodów. ”
Starsza pani pierwsza wzięła do ręki dokumenty, które mu podałam.
Potem kolejni goście zaczęli podchodzić i czytać. Konstanty stał tam blady, a jego uśmiech zniknął, jakby ktoś go wymazał gumką. Do faceta w ułamku sekundy dotarło, że nie wszystko na tym świecie da się załatwić drogim bankietem, blichtrem i robieniem dobrego wrażenia. Wyszłam z tej sali spokojna.
Wiedziałam, że od poniedziałku zacznie się wojna, ale pierwszy strzał padł z mojej strony. Wieczorem zadzwoniła mama. „No co tam, córciu, udało się? ” – zapytała.
Uśmiechnęłam się do słuchawki. „No jasne mamo, udało się” – odpowiedziałam. I wtedy zdałam sobie sprawę, że to jeszcze nie koniec. Bo Konstanty, zanim wyszedł z tej sali, zdążył szepnąć do jednego ze swoich wspólników: „Ona myśli, że wygrała.
Ale ja wiem coś, czego ona nie wie. ” I to właśnie tamto zdanie usłyszałam, gdy mijałam go przy drzwiach. I do tej pory nie wiem, co miał na myśli.


