Miałem tu nic do powiedzenia. To jest teraz nasz dom. Mój zięć powiedział to przy moim własnym kuchennym stole, w moim własnym domu, który spłacałem przez trzydzieści lat. Powiedział to spokojnie, niemal z nudą, jakby tłumaczył dziecku, że na zabawę jest już za późno.

Miałem sześćdziesiąt siedem lat, właśnie zaparzyłem kawę i chciałem tylko usiąść. Stałem z dzbankiem w ręku i milczałem. To był mój błąd. Nie pierwszy, ale ostatni.
Zanim opowiem, co się wydarzyło, muszę wyjaśnić, jak do tego doszło. Bo takie sytuacje nie rodzą się z dnia na dzień. Rosną powoli, jak pleśń za tapetą. W końcu to czujesz, ale nie chcesz tego dostrzec.
Nazywam się Walter Brenner. Jestem emerytem, byłym agentem ubezpieczeniowym, wdowcem od jedenastu lat. Mój dom stoi we Fryburgu Bryzgowijskim, jednorodzinny, z ogrodem, zbudowany w 1978 roku, kupiony przeze mnie i moją żonę Hildegardę w 1993. Remontowaliśmy go razem, dwa razy przebudowywaliśmy kuchnię.
W tym domu znam każdą śrubkę. Gdy Hildegarda umarła, zastanawiałem się, czy sprzedać. Za duży na jednego mężczyznę. Za dużo wspomnień.
Ale zostałem, bo moja córka Natalie właśnie wyszła za mąż i mieszkała dwadzieścia minut ode mnie, i zostałem też dla siebie, bo wyjazd byłby jak poddanie się. Natalie poznała Konrada trzy lata po śmierci Hildegardy. Był przedsiębiorcą budowlanym, prowadził własną firmę, zawsze wielkie auto, zawsze drogie buty. Nie polubiłem go od pierwszego wspólnego wieczoru.
Nie dlatego, że był niegrzeczny, ale dlatego, że był zbyt uprzejmy. Ten rodzaj uprzejmości, która ma cenę. Gdy Natalie zadzwoniła do mnie wiosną trzy lata temu, akurat przycinałem porzeczki w ogrodzie. Płakała.
Firma Konrada ogłosiła upadłość. Kontrakty się posypały, duży klient nie zapłacił, błędna kalkulacja przy wielkim projekcie. Zwykłe nieszczęście człowieka, który za szybko chciał stać się za duży. Tato, nie mamy nic.
Nie stać nas na czynsz. Tylko na kilka tygodni, dopóki nie będziemy wiedzieć, co dalej. Zgodziłem się. Oczywiście, że się zgodziłem.
Co miałem powiedzieć? Przyjechali w sobotni ranek z czterema kartonami i dwiema walizkami. Natalie przytuliła mnie długo w progu. Dziękuję, tato.
Konrad podał mi rękę. Uścisk mocny, spojrzenie bezpośrednie. Wszystko ci oddamy. Ratujesz nas.
Uwierzyłem mu. Chciałem wierzyć. Pierwsze tygodnie były znośne. Natalie czasem gotowała.
Konrad kosił trawnik, nawet nie musiałem prosić. Jedliśmy razem kolacje. Wyglądało to prawie normalnie. Samotny nie byłem od dawna i to miało swoją wartość.
Ale potem zaczęły się drobiazgi. W trzecim miesiącu Konrad powiedział, że kanapa w salonie jest niewygodna. Nie zapytał, czy możemy ją wymienić. Powiedział, że już zamówił nową.
Przyjechała tydzień później. Stałem i patrzyłem, jak ludzie wynoszą moją starą kanapę, którą wybrała Hildegarda. W piątym miesiącu znalazłem na kuchennym stole otwartą pocztę. Natalie powiedziała, że myślała, że to może coś ważnego.
Nic nie powiedziałem. W ósmym miesiącu Konrad poprosił, żebym po dwudziestej pierwszej był ciszej. On potrzebuje snu, wstaje wcześnie. Byłem w swoim salonie i słuchałem muzyki.
Nie głośno, klasycznie, Schuberta. Wyłączyłem radio. Bardzo często nie mówiłem nic. Pieniądze zapisywałem w domowym zeszycie, tak jak robiłem przez całe życie.
Prąd podskoczył z osiemdziesięciu do stu pięćdziesięciu euro miesięcznie. Gaz, woda, jedzenie, wszystko rosło. Kupowałem dla czterech osób, nie dla jednej. Do tego dwadzieścia dwa tysiące euro, które pożyczyłem Konradowi w pierwszym roku, przelane bezpośrednio, żeby zapłacił adwokatowi w postępowaniu upadłościowym.
I cztery tysiące w drugim roku, gdy stary kredyt z czasów firmy stał się wymagalny, a wierzyciele grozili. Za każdym razem obiecywał, że odda. Za każdym razem obietnica pozostawała tym, czym była: obietnicą. Moja wnuczka Luisa miała wtedy trzynaście lat.
Córka Natalie z krótkiego związku sprzed Konrada, adoptowana przez niego. Mądre, spokojne dziecko, z oczami zbyt dużymi jak na swój wiek. Czasem wieczorami przychodziła do mojego gabinetu, gdy czytałem, i po prostu siadała. Niewiele rozmawialiśmy, czasem graliśmy w szachy.
Była lepsza ode mnie, choć nie dawała mi tego odczuć. Wigilia dwa lata temu była punktem zwrotnym, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Gotowałem od wczesnego popołudnia. Pieczeń wołową według przepisu Hildegardy, czerwoną kapustę, kluski, domowe puree z jabłek.
Kuchnia pachniała moim dzieciństwem. Natalie zaprosiła gości. Brata Konrada z dziewczyną, dwoje znajomych z czasów, gdy firma jeszcze działała. Nie znałem ich dobrze, ale to był mój dom, moja kuchnia, moje święto.
Gdy wszedłem do jadalni z wazą w rękach, ktoś głośno się śmiał. Konrad stał przy stole i podniósł kieliszek. Za naszego gospodarza, powiedział. Miał na myśli siebie.
Goście mu zawtórowali. Stałem w drzwiach z gorącym garnkiem i nic nie powiedziałem. Potem szukałem swojego miejsca. Przez lata siedziałem przy tym stole na krześle przy oknie.
Hildegarda siadała po mojej prawej. To miejsce było teraz zajęte. Moje też. Stałem na skraju własnej jadalni i nie od razu rozumiałem, co widzę.
Konrad mnie zauważył. Powiedział, nie wstając: Walter, w kuchni też jest miejsce. Mamy tu dość ludzi. Goście zamilkli.
Ktoś zakaszlał. Natalie wpatrywała się w talerz. Postawiłem wazę na stole, powoli, bez pośpiechu. Potem się wyprostowałem.
Czyj to dom? On się zaśmiał, śmiechem człowieka, który myśli, że wygrał. Walter, przestań. Mamy gości.
Wiem. Zaprosiłem ich, bo myślałem, że to mój dom. Zapadła cisza, ta cisza, którą czujesz, zanim wybuchnie burza. Konrad wstał.
Twarz mu poczerwieniała. Żyjesz z nas od miesięcy, powiedział. Opiekujemy się tobą. Bądź wdzięczny, że w ogóle tu jesteśmy.
Idź do kuchni, stary człowieku. Pomyślałem o dwudziestu dwóch tysiącach. O rachunku za prąd. O kanapie Hildegardy, która stała teraz gdzieś w sklepie z używanymi rzeczami.
O wszystkich wieczorach, gdy wyłączałem radio. Nie powiedziałem już nic. Nie poszedłem do kuchni. Poszedłem do drzwi wejściowych, włożyłem płaszcz, powoli, guzik po guziku, i otworzyłem drzwi.
Do środka wpadło zimne grudniowe powietrze. Odwróciłem się. Kupiłem ten dom w 1993 roku. Jest zapisany na moje nazwisko.
Daję wam dziesięć minut, żebyście zrozumieli, co to znaczy. Konrad zaśmiał się znowu. Tym razem nerwowo. Nie możesz nas wyrzucić.
Mieszkamy tu od trzech lat. Mamy prawa. Wyciągnąłem z kieszeni telefon. Nie wybrałem numeru od razu.
Pozwoliłem mu mówić. Mówił głośno, szybko, dużo. Goście zaczęli szukać kurtek. Wtedy wybrałem numer.
Nie numer alarmowy. Zadzwoniłem do mojego adwokata, na prywatny numer, który dał mi lata temu na wypadek nagłych spraw. Friedrich Hauser, pięćdziesiąt osiem lat, specjalista od prawa najmu, stary znajomy z czasów pracy w ubezpieczeniach. Była dwudziesta trzydzieści w wigilijny wieczór.
Odebrał. Friedrich, mam w domu osoby, które poprosiłem, żeby wyszły. Odmawiają. Co mam zrobić?
Krótka pauza. Czy zgłosiłeś ich jako najemców? Czy jest umowa najmu? Nie.
Jakaś pisemna umowa? Nie. To dzwoń na policję. Powiedz im, że masz w swojej nieruchomości osoby, które wezwałeś do opuszczenia.
A one odmawiają. Twoje nazwisko jest w księdze wieczystej. To wystarczy. Podziękowałem, rozłączyłem się.
Konrad słuchał. Twarz nie była już czerwona. Była biała. Nie zadzwonisz naprawdę.
Wybrałem numer alarmowy. Co się stało? Nazywam się Walter Brenner, Fryburg, Güntherstraße 14. Jestem właścicielem domu.
Poprosiłem osoby, żeby opuściły moją własność. Odmawiają. Proszę o pomoc. Goście już stali w przedpokoju.
Brat Konrada mruknął przeprosiny, przechodząc obok mnie. Młoda kobieta odwróciła wzrok. Wszyscy wyszli w cztery minuty. Zostali tylko Konrad i Natalie.
Natalie płakała. Tato, proszę. Są święta. Wiem, kiedy są święta, Natalie.
Gotuję od południa. Konrad spróbował jeszcze raz. Teraz cicho, niemal szeptem. Inny ton niż wcześniej.
Walter, porozmawiajmy. Znajdziemy rozwiązanie. Nie bądź głupcem. Policja przyjechała dwanaście minut później.
Dwóch funkcjonariuszy, mężczyzna po czterdziestce i młoda kobieta, oboje spokojni i profesjonalni. Obejrzeli wypis z księgi wieczystej, który przyniosłem z gabinetu, zawsze miałem go pod ręką. Stary nawyk. Zapytali Konrada, czy ma umowę najmu.
Powiedział, że nie. Czy płacił czynsz. Powiedział, że nie. Ale to nikogo nie interesowało.
Funkcjonariusze byli jednoznaczni: muszą opuścić posesję. Mogą wrócić jutro, żeby zabrać rzeczy osobiste. W asyście, jeśli będzie trzeba. Konrad wyszedł z domu bez jednego słowa do mnie.
Nie trzasnął drzwiami. Po prostu zostawił je otwarte. Luisa stała na górze na schodach i patrzyła. Spojrzałem w górę, ona spojrzała w dół.
Wykonała mały, bezradny gest ręką. Natalie wzięła ją za rękę i poszła za Konradem. Zostałem sam w przedpokoju. Drzwi stały otworem.
Zimne powietrze. Na zewnątrz śnieg. Lekki śnieg. Pierwszy tej zimy.
Goście dawno zniknęli. Pieczeń wciąż stała na kuchence. Zamknąłem drzwi, wszedłem do kuchni, zgasiłem światło i siedziałem w ciemności, aż śnieg przestał padać. Tej nocy nie spałem dobrze.
Nie z wyrzutów sumienia. Z ciszy. Dom nagle był tak cichy, jak nie był od trzech lat. A cisza, zapomniałem o tym, też potrafi hałasować.
Następnego ranka kazałem wymienić zamki. Awaryjny serwis we Fryburgu, dyżur świąteczny, drogo, ale wróciło mi poczucie, które straciłem na trzy lata. Kontrola nad własnymi drzwiami. Potem otworzyłem domowy zeszyt.
Dwadzieścia dwa tysiące w udokumentowanych pożyczkach. Trzydzieści miesięcy wyższych kosztów wspólnego gospodarstwa, mniej więcej tysiąc euro miesięcznie ponad moje normalne potrzeby, czyli trzydzieści tysięcy. Do tego drobiazgi, których nie da się zapisać. Kanapa, otwarta poczta, wyłączony Schubert w jesienne wieczory.
Zadzwoniłem do Friedricha Hausera drugiego dnia świąt, tym razem w ciągu dnia. Siedzieliśmy na moim tarasie, piliśmy kawę, opowiedziałem mu wszystko. Bez emocji, rzeczowo. Przez dziesięciolecia pisałem raporty szkodowe.
Wiem, jak oddzielić fakty od uczuć. Friedrich wysłuchał, po czym powiedział: Walter, zrobiłeś wszystko dobrze, ale przygotuj się. Oni będą pozywać. Nie dlatego, że mają rację, ale dlatego, że Konrad to typ, który nie umie przegrywać.
Mam na to dowody, powiedziałem. Uśmiechnął się. Masz dokumenty? Potwierdzenia przelewów, wyciągi, maile.
Natalie napisała mi kiedyś, żebym uzbroił się w cierpliwość. Zapiszę to, oddadzą, jak tylko staną na nogi. Ten mail wciąż miałem. Friedrich odchylił się do tyłu.
To działamy. Trzy tygodnie po świętach przyszedł list. Pełnomocniczka Konrada, doktor Stefanie Brandt z kancelarii we Fryburgu, żądała w imieniu swoich klientów ustalenia faktycznego stosunku najmu z uwagi na trzyletnie użyczenie oraz zwrotu rzekomych nakładów na dom w wysokości ośmiu tysięcy euro. Przeczytałem list dwa razy, położyłem na biurku obok teczki, którą już założyłem.
Osiem tysięcy za ulepszenia. Konrad raz naprawił cieknący kran. Części kupiłem ja. Miesiąc później Friedrich złożył nasze powództwo wzajemne.
Dwadzieścia dwa tysiące udokumentowanych pożyczek, potwierdzone wyciągami i mailem Natalie. Do tego wniosek o ustalenie, że nie istniał stosunek najmu, bo nie było świadczenia wzajemnego ani pisemnej umowy. Sprawa trafiła do sądu rejonowego we Fryburgu, wydział do spraw najmu. Sędzia doktor Hanna Schreiber, po pięćdziesiątce, krótkie siwe włosy, oczy kobiety, która słyszała już wiele niewiarygodnych historii.
Rozprawa trwała niecałe dwadzieścia minut. Doktor Brandt próbowała przedstawić trzyletnie używanie jako milczący stosunek najmu. Sędzia Schreiber przerwała jej po drugim zdaniu. Czy państwa klienci płacili czynsz?
Nie. Czy płacili koszty dodatkowe? Nie. Czy istnieje jakakolwiek pisemna umowa wskazująca na najem?
Nie. W takim razie nie widzę stosunku najmu, pani doktor. Proszę kontynuować. Friedrich przedstawił mail Natalie.
Sędzia przeczytała, odłożyła, spojrzała na Konrada i Natalie, potem na mnie. Powództwo oddalono. Roszczenie wzajemne na dwadzieścia dwa tysiące uznano. Plan spłaty: trzysta euro miesięcznie, solidarnie.
To byłoby prawie sześć lat. Konrad wstał, gdy sędzia wychodziła z sali. Spojrzał na mnie. Nie powiedział nic.
Był pusty jak pudełko, które otwierasz, a w środku nie ma nic. Natalie płakała, ale na mnie nie patrzyła. Luisy nie zabrała. W drodze powrotnej Friedrich jechał obok mnie.
Długo milczeliśmy. Potem powiedział: Masz dobrą pamięć, Walter. Zawsze wszystko zapisuję, powiedziałem. To nie cnota, to strategia przetrwania.
Czego wtedy jeszcze nie wiedziałem. To nie był koniec. Dwa miesiące po rozprawie zadzwonił dawny znajomy, Helmut Streicher, inżynier budownictwa na emeryturze, który znał Konrada ze wspólnych projektów. Nie znał go dobrze, ale wystarczająco.
Walter, nie wiem, czy cię to zainteresuje, ale krążyły wtedy plotki o firmie Konrada przed upadłością. Rozliczenia, które miały się nie zgadzać, roszczenia odszkodowawcze wobec ubezpieczycieli, które miały być zawyżone. Zainteresowałem się. Helmut podał mi nazwisko byłego pracownika, Bernharda Kruga, dziś samodzielnego rzemieślnika w Breisach.
Zadzwoniłem do niego. Gdy tylko wymieniłem nazwisko Konrada, jego ton stał się wszystkim, tylko nie neutralnym. Opowiedział mi o szkodzie pożarowej w hali magazynowej. Rok 2020, firma Konrada jako wykonawca.
Zgłoszono szkodę ubezpieczycielowi, sto dwadzieścia tysięcy euro na naprawę i utracone zyski. Rzeczywiste koszty naprawy według wyceny Bernharda, której nigdy nie zlecono, około pięćdziesięciu tysięcy. Różnica zniknęła. Bernhard zapytał.
Konrad powiedział, że to wewnętrzna kalkulacja, że go nie dotyczy. Wkrótce potem Bernhard stracił pracę. Czy ma pan dokumenty? Wszystko.
Zachowałem wszystko właśnie na taką chwilę. Przysłał mi papiery. Przesłałem je Friedrichowi. Friedrich, bez podawania naszych nazwisk, wysłał je do ubezpieczyciela w Badenii-Wirtembergii.
Cztery tygodnie później Friedrich potwierdził. Wszczęto postępowanie przygotowawcze. Konrad został wezwany. Wynik poznałem sześć miesięcy później.
Nie przez Friedricha, ale z lokalnej gazety. Krótka notka w dziale gospodarczym. Wyrok w zawieszeniu, dwa lata, zwrot siedemdziesięciu tysięcy ubezpieczycielowi. Prace społeczne.
Nazwisko stało w gazecie. Przeczytałem notkę raz, położyłem gazetę na stole i zrobiłem sobie kawę. A między tym wszystkim wydarzyło się coś innego. Natalie rozstała się z Konradem.
Luisa napisała mi krótką wiadomość: Mama ma dość. Ja też. W maju zadzwoniła. Dziadku, możemy się spotkać?
Tęsknię za szachami. Spotkaliśmy się w moim ogrodzie. Przez dziewięć miesięcy urosła. Wyglądała na zmęczoną, ale inaczej niż wcześniej.
Nie wyczerpaną, tylko jakby dużo przemyślała i skończyła z myśleniem. Nie wypytywałem. Ona opowiedziała trochę, jak Konrad po rozprawie wpadł w szał, jak Natalie pierwszy raz naprawdę na niego krzyknęła, że zniszczył ją i wszystkich, jak powiedział, że to moja wina, bo mogłem pomagać bardziej. Jak Natalie potem bardzo długo milczała, i jak to milczenie było gorsze niż wszystkie krzyki.
Słuchałem. Graliśmy w szachy. Wygrała jak zwykle. W czerwcu Natalie napisała.
Nie zadzwoniła. Przyszedł list, odręczny, trzy strony. Przeczytałem go dwa razy. Pisała, że powinna była mówić, gdy milczała, i milczeć, gdy mówiła.
Pisała, że się wstydzi. Nie napisała: wybacz mi. Napisała: rozumiem, jeśli nie możesz. Nie oddzwoniłem od razu.
Siedziałem dwa dni z tym listem na biurku. Potem zadzwoniłem do Friedricha, nie w sprawie listu, tylko w innej. Złożyliśmy pozew cywilny, który przygotowywałem od drugiego dnia świąt. Dwadzieścia dwa tysiące udokumentowanych pożyczek plus trzydzieści tysięcy na pokrycie kosztów utrzymania, solidarnie przeciw Natalie i Konradowi.
Friedrich pytał mnie wcześniej kilka razy, czy jestem pewien. Tym razem nie pytał. Dzień po złożeniu pozwu zadzwoniłem do Natalie. Dostałem twój list, powiedziałem.
Przeczytałem go. Milczała. Nie będę cię ratować, Natalie. To koniec.
Ale wysyłam ci dziś pozew. Zapłacisz, co mi winnaś. Nie tylko Konrad. Oboje mieszkaliście w moim domu.
Oboje korzystaliście. Tato. Trzy lata, Natalie. Potem powiedziała cicho: Wiem.
Zapłacę. Rozprawa odbyła się jesienią, w tym samym sądzie rejonowym, ale przed innym składem. Sędzia doktor Matthias Fuhr przejrzał dokumenty Friedricha i skinął powoli głową, jak ktoś, kto czyta historię, której zakończenie już zna. Wyrok: roszczenie uznane w całości, pięćdziesiąt trzy tysiące euro.
Plan spłaty: Natalie czterysta euro miesięcznie, Konrad trzysta, o ile egzekwowalne. Odpowiedzialność solidarna. Okres: siedem lat. Konrad siedział po drugiej stronie sali i patrzył w kierunku, w którym nic nie było.
Wyglądał jak ktoś, kto biegł bardzo długo i bardzo szybko, a teraz nie wie, dokąd dalej. Spojrzałem na niego i nie pomyślałem nic szczególnego. Po rozprawie zamieniliśmy z Natalie kilka słów na korytarzu. Niewiele, ale tym razem patrzyła mi w oczy.
To potrwa długo, powiedziałem. Wiem. Jak będziesz spłacać i jak Luisa będzie mogła nadal przychodzić, to kiedyś porozmawiamy o reszcie. Ona skinęła głową.
Luisa zawsze mogła przychodzić, powiedziała cicho. Wierzę ci, powiedziałem. Wróciłem do domu. Był październik.
Drzewa w ogrodzie czerwone i żółte. Zrobiłem sobie herbatę i usiadłem na tarasie. Ogród był posprzątany, trawnik skoszony, wszystko na swoim miejscu. Friedrich powiedział mi niedawno: Dostałeś to, czego chciałeś.
Odpowiedziałem: Nigdy nie chciałem tego. Chciałem spokojnego domu i córki blisko mnie. Milczał. Dodałem: Ale dostałem to i przeszedłem przez to najlepiej, jak umiałem.
Luisa przyszła dwa tygodnie później, w sobotnie popołudnie. Zadzwoniła, weszła, zdjęła buty, tak jak zawsze, i zapytała: Gramy? Szachownica wciąż stała na stole. Nie schowałem jej.
Gdy dziś patrzę na to wszystko, czasem pytam siebie, czy powinienem był działać wcześniej. Szczera odpowiedź brzmi: tak. Ale myślę, że niektórych lekcji nie da się skrócić. Trzeba je przeżyć, żeby naprawdę zostały.
Najbardziej zajmuje mnie nie zachowanie Konrada. Człowiek, który wykorzystuje innych, nosi swoją karę w sobie, na długo zanim zdecydują sądy. Najbardziej zajmuje mnie moje własne milczenie. Trzy razy wyłączyłem radio.
Dziesiątki razy nie powiedziałem nic. Myliłem cierpliwość z tchórzostwem. Bo to było tchórzostwo wobec siebie samego. To jest różnica, którą dziś znam.
Hojność, która płynie z siły, jest darem. Hojność, która płynie ze strachu przed konfliktem, jest zaproszeniem do nadużyć. Nie jestem uczonym człowiekiem w tym sensie, że czytam książki o filozofii, ale po sześćdziesięciu siedmiu latach zrozumiałem, że człowiek potrzebuje trzech rzeczy, aby przejść przez życie z podniesioną głową. Pierwsza to czysty wewnętrzny kompas, który mówi, co jest dobre, a co złe, niezależnie od tego, czego oczekują inni.
Miałem ten kompas. Zbyt często chowałem go do szuflady, żeby zachować spokój, który tak naprawdę dawno przestał być spokojem. Druga to jasny umysł, który oddziela fakty od pragnień. Miałem dowody, wyciągi, maile, zeszyt.
Wiedziałem, co się dzieje. Ale długo nie chciałem wiedzieć, bo wiedza oznaczałaby konieczność działania. Moment, w którym przestałem się oszukiwać, był momentem, w którym znów stałem się sobą. Trzecia to siła, żeby zrobić to, co słuszne, nawet gdy boli.
Gdy w wigilijny wieczór stałem w przedpokoju, wkładałem płaszcz i otwierałem drzwi, wiedziałem, co to znaczy. Córka będzie płakać, wnuczka będzie się bać, ja zasnę w cichym domu, nie wiedząc, co przyniesie jutro. Ale niektóre drzwi trzeba otworzyć, żeby potem móc zamknąć te właściwe. Co do Konrada, nie zniszczył się dlatego, że ja zadziałałem.
Zniszczył się, bo przez lata żył tak, jakby czyny nie miały konsekwencji. To nigdy nie jest prawdą. Nie przy oszustwie ubezpieczeniowym, nie przy rodzinnej krzywdzie, nie w małych sprawach i nie w wielkich. Konsekwencje zawsze przychodzą.
Pytanie tylko, czy sam masz jeszcze siłę, żeby stać prosto, gdy one przyjdą. Natalie jest na drodze, której nie mogę jej oszczędzić i nie powinienem. Luisa przychodzi w soboty grać w szachy. Szachownica wciąż stoi na stole.
Niektórych rzeczy się nie sprząta.


