Dziewczynka zatrzymała się przy mojej sztaludze w sobotnie popołudnie, kiedy właśnie domalowywałem odbicie drzew w stawie. Miała może sześć lat, granatową kurtkę rozpiętą pod szyją i mały plecak z lisem. Nie płakała głośno. Stała obok ławki i powtarzała, że pani była przed chwilą tutaj, a teraz jej nie ma.

Odłożyłem pędzel i zapytałem, jak ma na imię. Zosia. Była z grupą z przedszkola, która przyszła do parku oglądać kaczki. Kazałem jej usiąść w takim miejscu, żebyśmy byli widoczni z alejki, a sam zadzwoniłem pod numer alarmowy. Potem dałem jej papierowy kubek z ciepłą herbatą z termosu, choć wypiła tylko dwa łyki.
— Pan tu pracuje? — zapytała, patrząc na obrazy oparte o składane krzesło.
— Raczej próbuję — odpowiedziałem.
Miałem wtedy pięćdziesiąt cztery lata i do niedawna nie nazwałbym siebie malarzem nawet dla żartu. Przez prawie trzydzieści lat byłem elektrykiem. Umiałem znaleźć zwarcie w starej instalacji, wymienić tablicę bezpiecznikową i powiedzieć klientowi, że przewód schowany pod boazerią naprawdę nie jest dobrym pomysłem. Pędzle pojawiły się w moim życiu dopiero po wypadku Kasi.
Moja córka miała dwadzieścia dziewięć lat, kiedy samochód potrącił ją na przejściu niedaleko jej bloku w Łodzi. Przeżyła, ale uraz kręgosłupa i miednicy oznaczał długie leczenie. Najpierw były operacje, później szpitalny korytarz, rozmowy z lekarzami i rehabilitacja, która posuwała się wolniej, niż wszyscy chcieliśmy.
Część zabiegów miała w ramach NFZ, lecz na intensywną prywatną rehabilitację trzeba było czekać krócej i płacić znacznie więcej, niż wynosiła moja wypłata. Z ubezpieczenia i pierwszej części odszkodowania pokryliśmy sprzęt, dostosowanie łazienki i kilka miesięcy ćwiczeń. Potem na kuchennym stole zostały rachunki, kosztorys następnego turnusu i mój zeszyt, w którym liczyłem wszystko po trzy razy.
Kasia zamieszkała u mnie. Jej matka, moja żona Anka, zmarła cztery lata wcześniej po chorobie i od tamtej pory mieszkanie było zbyt ciche. Po wypadku znów słychać było radio w kuchni, czajnik i rozmowy z pokoju. Tyle że między nimi pojawiły się też godziny ćwiczeń, wizyty fizjoterapeuty i pytanie, skąd wziąć pieniądze na następny miesiąc.
Malować zacząłem nocami. W starym kredensie znalazłem pudełko po farbach, które Anka kupiła mi kiedyś na imieniny. Śmiała się wtedy, że człowiek nie może całe życie patrzeć tylko na kable. Pierwszy obraz przedstawiał działkę moich rodziców pod Łęczycą: niski domek, dwie jabłonie i beczkę pod rynną. Kasia powiedziała, że jest krzywy, ale ładny.
Po kilku miesiącach zacząłem zabierać obrazy do parku. Malowałem stare kamienice, ogródki działkowe, przystanki po deszczu, kuchnię z ceratą na stole. Czasem ktoś dawał dwieście złotych, czasem tylko pytał o cenę i odchodził. Każdą sprzedaż zapisywałem w zeszycie obok wydatków na rehabilitację.
Moja siostra Irena uważała, że przesadzam.
— Andrzej, nie możesz wydać wszystkiego — powiedziała podczas niedzielnego obiadu. — Masz jeszcze swoje życie.
Kasia odłożyła widelec.
— Ciociu, tata niczego nie musi.
Irena zaczęła poprawiać serwetki, choć leżały równo.
— Ja tylko mówię, że trzeba myśleć rozsądnie.
Po tym obiedzie córka poprosiła mnie, żebym przestał sprzedawać obrazy dla niej. Odpowiedziałem, że sprzedaję je dlatego, że ktoś chce je kupić. Oboje wiedzieliśmy, że to tylko połowa prawdy.
Właśnie wtedy, kilka tygodni później, spotkałem Zosię.
Na policję nie zdążyliśmy długo czekać. Najpierw przybiegła zdenerwowana wychowawczyni, a chwilę później mężczyzna w jasnej koszuli i bez kurtki. Zosia zerwała się z ławki i pobiegła do niego. Uklęknął, objął ją i przez moment nie mówił nic.
Potem podszedł do mnie. Nazywał się Paweł Biernacki. Podziękował kilka razy, zapytał, czy Zosia nie odchodziła gdzieś dalej, a na koniec spojrzał na obrazy.
— To pana?
Przytaknąłem.
Wziął do ręki obraz z kuchnią. Był na nim stary stół, emaliowany czajnik i okno, za którym widać było blok naprzeciwko.
— Moja babcia miała prawie taką samą kuchnię — powiedział. — Ile pan chce?
Podałem cenę. Zapłacił bez targowania i poprosił o numer telefonu.
Nie przywiązywałem do tego większej wagi. Dwa dni później zadzwonił podczas kolacji. Kasia jadła zupę pomidorową, a ja właśnie kroiłem chleb. Biernacki powiedział, że prowadzi firmę budowlaną i kończy z żoną remont ośrodka dziennej rehabilitacji prowadzonego przez ich fundację. Szukali prac na ściany, ale nie chcieli reprodukcji z katalogu.
— Chciałbym zobaczyć resztę pańskich obrazów — powiedział.
Spotkaliśmy się następnego dnia w pustym jeszcze budynku niedaleko centrum. Beton na korytarzu pachniał świeżo, a w jednym z pomieszczeń stały tylko kartony z lampami. Przywiozłem jedenaście płócien, owiniętych w koce.
Paweł oglądał je długo. Nie mówił, że są wyjątkowe ani że odkrył wielkiego artystę. Pytał, gdzie namalowałem przystanek, dlaczego na jednym obrazie jest czerwony kredens i czy potrafiłbym zrobić jeszcze kilka podobnych scen.
Na końcu podał mi kartkę z propozycją zakupu całej serii i zamówieniem następnych prac. Kwota była większa, niż zarobiłem przez wiele miesięcy w parku.
— To za dużo — powiedziałem.
— Za dużo byłoby, gdybym płacił za przysługę — odparł. — Ja kupuję obrazy. Zosia powiedziała, że przy nich jest „jak u kogoś w domu”. Mojej żonie spodobało się to określenie.
Nie powiedziałem mu od razu o kosztorysie rehabilitacji Kasi. Wiedział już tylko tyle, ile wspomniałem przypadkiem w parku. Kiedy podpisałem umowę, wróciłem do samochodu i przez kilka minut siedziałem z dokumentami na kolanach. Potem pojechałem prosto do placówki, w której Kasia miała rozpocząć kolejny cykl ćwiczeń, i wpłaciłem zaliczkę.
Wieczorem położyłem potwierdzenie przelewu obok jej kubka.
— Sprzedałeś wszystkie? — zapytała.
— Prawie.
— To dobrze czy źle?
— Będę musiał namalować nowe.
Uśmiechnęła się i przesunęła dokument w moją stronę, jakby chciała się upewnić, że dobrze widzi kwotę.
Minęło od tamtej soboty osiem miesięcy. Kasia nadal porusza się głównie o kulach i nie każdy tydzień przynosi postęp. Były też gorsze dni, zmiana planu rehabilitacji i jedna przerwa po infekcji. Ale potrafi już samodzielnie przejść z kuchni do pokoju, a pierwszy raz zrobiła to, kiedy stałem przy zlewie i obierałem ziemniaki.
Nadal wystawiam obrazy w parku, choć nie muszę już liczyć każdej sprzedanej pracy na kolejny tydzień ćwiczeń. W ośrodku Biernackich wisi dziś kilkanaście moich obrazów. Jeden zostawiłem sobie.
Przedstawia małą dziewczynkę w granatowej kurtce przy stawie. Obok niej stoi składane krzesło, termos i niedokończony obraz. Zosia twierdzi, że jej plecak powinien być bardziej pomarańczowy. Za każdym razem, kiedy przychodzi z ojcem zobaczyć nowe obrazy, przypomina mi o tym.


