Najstarsza z moich córek położyła na stole kopertę w ostatnią sobotę października, kiedy właśnie dolewałem żurku do wazówki. Za oknem zaczynało już ciemnieć, na kredensie stały znicze przygotowane na Wszystkich Świętych, a w kuchni było tak ciasno, jak tylko bywa wtedy, gdy wszystkie moje dziewczyny zjadą się naraz do rodzinnego domu.

— Tato, zanim pójdziemy jutro na cmentarz, musimy ci coś oddać — powiedziała Magda.
Nie usiadła. Stała przy stole w płaszczu zarzuconym na oparcie krzesła, z palcami opartymi o blat. Jej młodsze siostry ucichły jedna po drugiej. Nawet bliźniaczki, które zwykle przekrzykiwały wszystkich przy obiedzie, patrzyły w talerze.
Mam pięćdziesiąt trzy lata i nie tak wyobrażałem sobie swoje życie. Przez długi czas byłem samotnym mężczyzną z pracą w warsztacie autobusowym, mieszkaniem po rodzicach i działką, na której rosły bardziej chwasty niż pomidory. Nie ożeniłem się. Ludzie mówili, że zostałem przy dawnych sprawach, i może mieli trochę racji.
Ankę znałem od technikum. Siadała dwie ławki przede mną, nosiła gruby warkocz i śmiała się cicho, kiedy nauczyciel od matematyki mylił kredę z papierosem. Byliśmy ze sobą krótko, młodo i nieporadnie. Potem jej rodzice sprzedali mieszkanie w Radomiu i wyjechali pod Sandomierz. Listy wracały, telefonów nikt nie odbierał. Po latach słyszałem tylko strzępy: że wyszła za mąż, że urodziła dziecko, że potem jeszcze kolejne, że nie miała lekkiego życia.
Kiedy zadzwoniła do mnie jej kuzynka, Anki już nie było. Miała trzydzieści sześć lat. Zostawiła dziewięć córek: od osiemnastu do niespełna trzech lat. Część miała innych ojców, część ojcowie znali tylko z aktu urodzenia albo z alimentów zasądzonych w sądzie rejonowym. Po pogrzebie dziewczynki trafiły pod opiekę PCPR, a urzędnicy zaczęli szukać miejsc, każde dziecko osobno.
Pojechałem tam następnego dnia. Pamiętam korytarz w powiatowym centrum, kubek zimnej kawy na biurku pracownicy socjalnej i teczki poukładane według nazwisk. Powiedziałem, że nie chcę, żeby je rozdzielano.
Pani z PCPR zdjęła okulary.
— Pan nie jest rodziną.
— Byłem kimś dla ich matki.
— To nie wystarczy przy dziewięciu dzieciach.
Miała rację. Sam wtedy nie wiedziałem, co właściwie obiecuję. Miałem dwa pokoje, starą pralkę i wypłatę, która kończyła się zwykle przed końcem miesiąca. A jednak kiedy zobaczyłem dziewczynki siedzące razem na świetlicowej kanapie, najmłodszą śpiącą na kolanach Magdy, nie umiałem wyjść i wrócić do swojego uporządkowanego bałaganu.
Procedury trwały długo. Wywiad środowiskowy, opinie, szkolenie, zgoda sądu rodzinnego, kontrola warunków mieszkaniowych. Siostra mówiła, że zwariowałem. Matka, jeszcze wtedy żyła, płakała po nocach i pytała, kto mi poda szklankę wody, kiedy sam opadnę z sił. Sąsiedzi na klatce schodowej ściszali głos, ale nie na tyle, żebym nie słyszał.
W końcu sprzedałem działkę i przeniosłem się z dziewczynkami do starego domu po wujku w małym miasteczku. PCPR pomógł z formalnościami, ja zostałem zawodową rodziną zastępczą. Brzmiało to urzędowo, a w praktyce oznaczało wieczne pranie, zebrania w szkole, wszy po wakacjach, pierwsze miesiączki, gorączki w nocy i dziewięć par butów w przedpokoju.
Na początku się mnie bały. Niektóre mówiły do mnie „panie Piotrze”, inne wcale. Magda była najtwardsza. Miała już osiemnaście lat i patrzyła na mnie tak, jakby sprawdzała, kiedy zrezygnuję. To ona wiedziała, gdzie jest książeczka zdrowia najmłodszej, które dziecko nie lubi kaszy i gdzie matka chowała dokumenty.
— Nie musi pan udawać ojca — powiedziała mi kiedyś w kuchni, gdy myłem po kolacji garnek po krupniku. — Wystarczy, że pan nas nie odda.
Nie odpowiedziałem od razu. Wytarłem stół z okruchów i dopiero wtedy powiedziałem:
— To zacznijmy od tego.
Lata nie zrobiły z nas idealnej rodziny. Były awantury o pieniądze, zachowek po dziadkach Anki, niezapłacone rachunki za prąd, jedna ucieczka do koleżanki, dwie wizyty u psychologa i sporo cichych dni. Uczyłem się zaplatać włosy z filmów w internecie, przypalałem naleśniki, podpisywałem zgody na wycieczki i chodziłem na wywiadówki, gdzie nauczycielki najpierw szukały wzrokiem matki.
Z czasem zaczęły mówić do mnie „tato”. Nie wszystkie naraz. Najmłodsza, Zuzia, pierwsza. Potem bliźniaczki, bo tak było wygodniej przy wołaniu z łazienki. Magda długo zostawała przy „Piotrze”. Dopiero na swoim ślubie, gdy poprawiałem jej welon w zakrystii, szepnęła:
— Tato, krzywo mi to zapiąłeś.
Od śmierci Anki minęło dwadzieścia lat. Dziewczyny mają własne mieszkania, dzieci, kredyty, prace, kłótnie z mężami i swoje sposoby na rosół. Spotykamy się zwykle w Wielkanoc, na Wigilię i przed Wszystkimi Świętymi, bo wtedy jedziemy na grób ich matki. Tego roku przyjechały wszystkie.
Po obiedzie Magda wyjęła z torby paczkę starych listów przewiązaną sznurkiem. Papier był pożółkły, na niektórych kopertach znałem pismo Anki. Nie musiałem czytać nazwiska, żeby rozpoznać pochyłe litery.
— Znalazłyśmy je dawno temu — powiedziała. — W szufladzie komody, pod aktami urodzenia i decyzjami o alimentach. Nie wiedziałyśmy, co z tym zrobić.
— Czytałyście?
— Część. Przepraszam.
Usiadłem. Ktoś przesunął talerz z chlebem, ktoś zamknął drzwi od przedpokoju, bo z klatki ciągnęło chłodem. Magda podała mi jedną kopertę, zaklejoną, zaadresowaną moim imieniem i nazwiskiem.
W środku Anka pisała, że po naszym ostatnim spotkaniu zaszła w ciążę. Rodzice wywieźli ją z Radomia, bo wstyd, szkoła, ludzie. Nie pozwolili jej do mnie zadzwonić. Potem było za późno, potem bała się mojego gniewu, potem wyszła za mąż bardziej z potrzeby dachu nad głową niż z miłości. „Magda ma twoje oczy i ten sam upór, którego kiedyś nie umiałam znieść” — napisała na końcu.
Odłożyłem list obok talerza z niedojedzonym sernikiem. Magda stała przy kredensie i patrzyła na zdjęcie matki.
— Wiedziałaś? — zapytałem.
— Domyślałam się. Jak dorosłam. Bałam się, że jeśli ci powiem, zaczniesz mnie kochać inaczej. Albo resztę mniej.
W kuchni było cicho. Zuzia poprawiała knot w zniczu, choć nie był jeszcze zapalony. Jedna z bliźniaczek otarła blat ścierką.
— Głupio zrobiłyśmy — powiedziała Magda. — Ale wtedy miałyśmy już jeden dom i nie chciałyśmy go ruszać.
Wstałem i podszedłem do niej powoli. Nie objąłem jej od razu. Położyłem tylko dłoń na jej ramieniu, tak jak wtedy, gdy prowadziłem ją do ołtarza.
— Jesteś moją córką od dnia, kiedy pilnowałaś Zuzi na tej kanapie w PCPR — powiedziałem. — Ten list wyjaśnia dużo. Nie odbiera niczego żadnej z was.
Dopiero wtedy najmłodsza zaczęła nalewać herbatę, choć woda już dawno przestała być wrząca. Ktoś zapytał, czy na cmentarz jedziemy jednym samochodem czy trzema. Zwykłe sprawy wróciły do stołu ostrożnie, jak kot, który nie jest pewien, czy wolno mu wejść.
Nazajutrz Magda stanęła przy grobie Anki obok mnie, nie po drugiej stronie jak przez wszystkie poprzednie lata. Postawiła znicz, poprawiła szalik i wcisnęła mi do kieszeni zapałki.
— Weź, tato. Ty zawsze zapominasz.
Wziąłem je bez słowa. Płomień długo łapał knot, bo wiał wiatr od alejki. Dziewięć kobiet stało za nami w milczeniu, każda ze swoim życiem, każda z jakąś częścią Anki. A ja trzymałem pudełko zapałek w kieszeni i myślałem tylko o tym, żeby herbata w domu wystarczyła dla wszystkich.


