Ludíé mi radili, abych se v novém domě na vesnici po noci nedíval pozor na plaot. “Pokud uvidíš nákoho v zahradě, nejprv se n ebab, ale se ho zeptáej klidně,” řekla mi sousedka paní Irena. Za…

Ludíé mi radili, abych se v novém domě na vesnici po noci nedíval pozor na plaot. "Pokud uvidíš nákoho v zahradě, nejprv se n ebab, ale se ho zeptáej klidně," řekla mi sousedka paní Irena. Za...

Furtka od sadu była otwarta, a drut, który na nią założyłem, leżał równo odłożony przy słupku. Nie zerwany, nie wygięty, odłożony, jakby ktoś chciał zostawić po sobie porządek. Kupiłem ten dom z uporu i ze zmęczenia ludźmi. Po czterdziestu latach pracy przy statkach człowiek ma już dość hałasu, żelaza i cudzych pretensji.

Thumbnail

Przez większą część życia mieszkałem w Gdyni, niedaleko portu, gdzie nawet nocą coś buczało albo wyło. Na emeryturze chciałem jednego – zwykłej, porządnej ciszy, w której słychać, jak wróbel przeskakuje z gałęzi na gałąź. Dom stał pod Jelenią Górą, kawałek za miastem, przy wąskiej drodze prowadzącej w stronę pól i starych sadów. Tynk odpadał przy narożnikach, dach prosił się o rękę fachowca, a brama skrzypiała, jakby miała własne zdanie na każdy temat.

Ale kiedy pierwszy raz wszedłem na podwórko, poczułem spokój. Nie taki udawany z reklamy sanatorium, tylko prawdziwy, ciężki, trochę zakurzony, ale mój. Cena była podejrzanie niska. Pośrednik mówił, że właściciel zmarł, spadkobiercy mieszkają daleko, a dom wymaga remontu.

Kiwałem głową, udając, że wierzę w każde słowo. Miałem sześćdziesiąt pięć lat i nie byłem już chłopakiem, któremu można sprzedać byle historię razem z kluczami. Za domem był sad. A raczej to, co z sadu zostało.

Stare jabłonie rosły krzywo, gałęzie wchodziły jedna w drugą, trawa sięgała kolan. Ale od razu zobaczyłem, że ktoś kiedyś o to miejsce dbał. Między drzewami biegła dawna ścieżka, prawie całkiem zarosła, a na jej końcu stała stara ławka, zapadnięta w ziemię, z oparciem luźnym jak ząb. – Pan nowy właściciel?

– usłyszałem za sobą. Przy płocie stała kobieta po siedemdziesiątce, w ciemnym swetrze i chustce zawiązanej pod brodą. Miała twarz kogoś, kto przez całe życie widział więcej, niż mówił. – Bogdan.

– przedstawiłem się, podchodząc bliżej. – Dopiero się wprowadzam. – Wiem. U nas takie rzeczy szybko się rozchodzą.

Jestem pani Irena z domu obok z zielonymi okiennice. Spojrzałem w stronę jiej poSesji. Rzeczywiście zaa żiwopłotem stał niedadugi dóm, zadańny, z pełargoniami na parapetach. – Ładne miejsce – powiedziałem bardziej z grzeczności niz przekonania.

Pani Irena popatrzyła na mó i sad i przez chwiłę nic nie mówiła. – Ładne był o i może jeścze będize. Jak pan ma rękę do roboty. – Ręce mam dwie.

Gorzej z kręgosłupem. Z aśmia ła się krótko, ale zaraz spo ważnia ła. Ju ż mia ła ode jść, gdy nagle zat rzyma ła się przy furtce. – Panie Bogdanie, jak by pan zoba czy ł kogo świe w o gro dzie wie czorem albo nocą, to proszę się od razu nie bać.

Pat rzy łem na nią, bo nie by łem pewien, czy do brze us ły sza łem. – S łucham? – No mówię, niech pan się nie boi. Czasem ludzie mają swoje sprawy.

Stare sprawy. – Pani Ireno, kupiłem dom, nie pensjonat. Jak ktoś będzie chodził po moim ogrodzie nocą, to raczej zapytam, czego szuka. – I słusznie – odpar ła.

– Tylko niech pan najpierw zapyta spokojnie. Powiedziała to takim tonem, że aż przeszedł mnie chłód po plecach. Nie dlatego, że zabrzmiało groźnie. Właśnie przeciwnie.

Zabrzmiało smutno. Przez na stępne dni ma łem tyle robo ty, że prawie o tej rozmowie zapomnia łem. Z ryw a łem sta re tapety, wyrzu ca łem graty z komórki, naprawi a łem zamek w drzwiach. Wieczorami siada łem na progu z ku bkiem herbaty i s łucha łem, jak gdzieś da leko szcze ka pies.

By łem zmęczony, ale do brze zmęczony, tak jak po pracy, która ma sens. Pierwszą dziwną rzecz zauważyłem czwartego dnia. Furtka od o gro du by ła uch i ło na. Pamięta łem, że ją zamkną łem, bo za wsze od skakiwa na na wie trze, więc za ło ży łem na nią ka wa łek drutu.

Drut le żał teraz na zie mi, równo od ło żony przy s łupku. Nie zerwan y, nie wygięt y. Od ło żony. Pomy ś la łem – dzieciak i.

A lb o sąsiad. Na ws i ludz ie potrafią być pomocni bez pytania. T yle że na stępnego ranka zobaczy łem pod jab łon iami coś je szcz e dziwniejszego. Po łamane gałezie, które dz ien wcześn iej leża ły rozsypan e po trawie, były zebran e w równy stos.

Nie duży, ale staranny. Jakby ktoś przyszed ł, popracował chwi lę i wyszed ł, nie chcąc zostawiac po sobie ba łaganu. Wieczorem d ługo nie mo g łem zasnąć. Leża łem na materacu w pokoju, który je szcz e pachnia ł far bą, aż nagle us ły sza łem skrzypnięc ie furtk i.

Cz łow iek po latach pracy na statkach uczy się najpierw s łucha ć. A dop iero potem działa ć. Ws ta łem powo l i, narzuci łem sweter i podszed łem do okna od strony sadu. Przez ki lka sekund nie widzia łem nic poza czarnym i kontu rami drzew.

A potem zobaczy łem sy lwetkę. Ktoś sta ł przy najstars zej jab łon i, te j poch y lon ej, z grubym pniem, rozdz ie lon ym na dwie stron y. Nie ru szał się. Po prostu sta ł, jakby czeka ł, aż dóm go rozpozna.

Otworzy łem drzw i i wyszed łem na podwórko. – Hało? – zawo ła łem. – Kto tam jes t?

Cisza. Przeszed łem ki lka krok ów przez mokr ą trawę. Ser ce bi ło mi szybcie j, choć sam przed sobą udawa łem, że to tylko przez ch łód. Przy jab łon i nie był o n ikogo.

Fu rtka by ła zamkn ięta. Sad sta ł nieruchomo, ciemny i obcy. Rano poszed łem tam z ku bkiem ka wy, żeby sprzedz ić ś lad y. I wtedy zobaczy łem coś, czego nie potrafi łem już sob ie wy t łumacz yć an i wiat rem, an i dz ieciakam i.

Pod starą jab łon ią le żał ś wieży bukiet polnych kwiatów. Ktoś zos taw ił go dok ładn ie tam, dz ie w nocy s ta ła ta sy lwetka. Przez ca ły na stępny dz ień chodz i łem ko ło tej jab łon i jak cz łow iek, któ ry zgub i ł coś ważnego, ty lko je szcz e nie wie co. Bukiet by ł świeży, zw iązany cienk im sznurk iek.

Chabr y, rumianek, ki lka żó łtych drobia zków. U łożon e starann ie. Nie jakby ktoś rzucił je od niechcenia. Raczej jakby po łoż i ł je tam z szacunk iek.

Nie ruszy łem ich od razu. Zaparzy łem ka wę, us iad łem na progu kuchennym i patrzy łem na o gród. Cz łow iek sam sob ie czasem wmawia, że jest spokojny, a potem zauważa, że już trzeci raz miesza łyżeczką w pustym kubku. Tak właśnie było ze mną.

Po południu poszed łem do pani Ireny. Zasta łem ją przzy p łoc ie, jak obrywa ła przekwit łe pe łargonie. – Pani Ireno – zaczą łem. – W nocy ktoś był w moim ogrodzie.

– Aha. – Zos taw i ł kwiaty pod jab łon ią. Dop iero wtedy spojrza ła na mnie. W jej oczach nie było zdz iwien ia.

To mnie zirytowało bardziej niż sama sprawa z kwiatam i. – Czy li pani coś wie? – Wiem ty le, i le ludz ie we ws i wiedzą. – A ludz ie we ws i mówią?

– Ludzie we ws i mówią za dużo a łbo za ma ło. Rzadko w sam raz. No i weź tu rozmawiaj. Przez chwi lę s ta liśmy naprzeciwk o.

Ona z tymi pe łargon iam i w ręku, ja z narastającym poczuciem, że wszyscy wokół znają tekst sztuk i. A mnie wprowadzono na scenę bez egzem p łarza. – Kto przychodzi? – zapyta łem wprost.

Pani Irena wes tchną ł a. – Panie Bogdanie, niech pan zamyka dóm na noc, jak każdy rozsądny cz łow iek. A le ogrodu bym nie pi lnowa ł, jak twierdzy. – To mó i ogród.

– Teraz tak. To jedno s łowo „teraz” zosta ło ze mną na d ługo. Przez na stępne ki lka dn i dziwne rzec zy powtarza ły się, a le nigdy w taki sposób, żeby cz łow iek mó g ł od razu zadzwonić po po licję. Nikt n iczego nie ukrad ł.

W garażu leża ły mo je narzędzia. Nawet portfe l raz zos taw i łem na parapec ie, a na stępnego ranka by ł dok ładn ie tam, dz ie go po łoży łem. Za to ogród zmienia ł się d robnym i dotkn ięciam i. Raz zna łaz łem prz ycięt e suche pędy przzy krzakach porzeczk i.

Innym razem koniewka, któ rą zos taw i łem pustą przy studn i, s ta ł a pe łna pod grządką z nagietkam i. Kwiaty by ły pod lane, ziemia ciemna i świeża. Najbardz iej zdz iw i ła mnie ławka. Ta s tara, zapadnięta w ziemię, z luźnym oparciem.

P lanowa łem zabrać się za nią w sobotę. W piąt ek wieczorem je szcz e się chwia ła. W sobotę rano by ła naprawiona. Nie pięknie, nie fachowo, a le so l idn ie.

Ktoś pod ło ży ł ka wa łek drzewna, prz ykręci ł dw ie nowe śruby i oczyści ł s iedzisk o z mchu. Przys iad łem na n iej ostrożn ie. Nie d rbnę ła. – No nie wierzę – powiedzia łem pod nosem.

I w łaśn ie wtedy po ra z pierw szy poczu łem coś dziwnego. N iespokój n ie znikną ł, a le obok n ieg o pojaw i ła się ciekaw ość. Bo z łodz iej tak n ie dzia ła. Wariat raczej też n ie.

Ktoś obcy n ie naprawia cz łow iekow i ławk i pod os ło ną nocy, n ie po lewa mu kwiatów i n ie sk łada ga łęz i w równy stos. Chyba że d la n ieg o to wca łe n ie jest obcy ogród. Zaczą łem obs erwować. N ie robi łem z teg o w ielk iej akcj i.

N ie mon tow a łem kamer. Po prostu zmien i łem rytm. Wieczor em gas i łem świa tło w kuchn i wcześn iej, a le zos tawa łem przzy okn ie. Fote l ustaw i łem tak, żeby w idz ieć sad przez szparę w zasłon ie.

Herbatę robi łem w termosie. Pierwsza noc n ic nie przyn i os ła. Drug a też. Trzec iej zasną łem w fote lu i obudz i łem się z bó lem karku oraz poczuciem, że jestem g łup i jak but.

Czwartej, kie d y deszcz mzy ł od w ieczora, a s tary rynny kapa ły n ierówn o, furtka skrzypnę ła. N ie poruszy łem się. Nawet oddech wstrzyma łem. Przez szybę w idzia łem n iewyraźn ie, a le po chw i l i m ędzy drzewam i pojaw i ł się cz łow iek.

Szed ł wo lno, bardz o wo lno. N ie skrada ł się. To był o p ierwsze, co zauważy łem. Ktoś, kto chc e zrob ić coś złego, rozg ląda się nerwowo, przysp iesza, chowa twar z.

Ten cz łow iek szed ł tak, jakby zna ł każdy kam ień na śc ieżc ie. By ł s tarszy. Zgarbion e p lecy, czapka z daszk iek, ciemny p łaszcz. W jedne j ręce trzyma ł coś ma łego, chyba la tarkę, a le jej n ie zap a li ł.

Doszed ł do najs tars zej jab łon i, tej, pod któ rą le ża ł p ierwszy bukiet. Zatrzyma ł się. S ta ł tak ki lka m inut. Potem po ło ży ł d łoń na pn iu d rzewa i pochy li ł g łowę.

By ło w tym coś tak intymnego, że nagle poczu łem się jak in truz we w ła snym dom ie. Jakby m podg ląda ł cudzą rozmowę, któ re j n ikt n ie pow in iek us ły sze ć. Mo g łem wy jść. Mo g łem zapytać.

N ie zrob i łem n ic. Po chw i l i mężczyzna odwróci ł się i ruszy ł do furtk i. Szed ł tym samym wo lnym krok iek. K ie d y znika ł za p łotem, zobaczy łem je szcz e, że lekko utyka na prawą nogę.

Rano wyszed łem do sadu wcześn iej n iz zwyk le. Trawa by ła mokra. Pod jab łon ią n ie był o kwiatów. N ie był o te ż żadne j kartk i.

Ju ż m ia łem wracać, k ie d y coś b łysnę ło w traw ie tuz przy korzen iu. Schy li łem się i podn ios łem s tarą fotograf ię. By ła czarno-bia ła, lekko pognieciona, z pos trzęp ionym rog iek. Przed mo im dóm ie s ta ło dwóch m łodych mężczyzn.

Oparc i ramionam i o s ieb ie, uśm iechn ięc i w roboczych koszu lach, z rękam i brudnym i od ziem i. Za n im i w idać był o t ę samą jab łon ię, ty lko wtedy był a ma ła, cienka, dop iero posadzona. Odwróci łem zdęc ie. Na odwrocie wyb łak łym atramentem ktoś nap isa ł dw ie im iona i jedno zdan ie: „Nasz dóm, nasze d rzewo na zaw sze”.

Z djęc ie trzyma łem w d ło n i d łu że j n iz by ło trz eb a. Pap ier by ł m ięk i od w i łgoc i i czas u. Brzeg i miał przetar e, jakby ktoś nos i ł go latam i w porte lu a łbo w k iesz en i kurtk i. Patr zy łem na tych dwóch m łodych mężczyzn i miałem dzw iwne uczuc ie, że n ie o g lądam z djęc ia obcych i udz i.

Ty lko kawa łek życ ia, któ ry ktoś zgub i ł pod mo ją jab łon ią. Na odwrocie były dwa im iona: Stefan i Wiktor. N ie zna łem żadneg o z n ich, a jednak po tym jednym zdan iu zrozumia łem, że ten dóm n ie by ł d la n ich ty lko budynk iek z krzywym dachem. To był o coś w ięcej.

Może ob ietn ica. Może początek. Może os tatn ie dobr e m ie jsce, zan im wszys tko s ię ps u ło. Schow a łem zdęc ie do kopert y po rachunku za prąd i poszed łem do pani Ireny.

Tym razem n ie s taną łem przzy p łoc ie. Zapuka łem do drzw i. Otworzy ła po chw i l i w fartuchu, z rękam i oprus zonym i mąką. – Panie Bogdanie, jak pan przychodz i z taką m iną, to a łbo dach s ię zawal i ł, a łbo zna łaz ł pan coś, czego pan n ie pow in iek.

– Zdęc ie – powiedzia łem. – Pod jab łon ią. N ie zapros i ła mn ie od razu do ś rodka. Popatr zy ła na kopertę, potem na mn ie.

D op iero wtedy odsunę ła s ię od progu. W kuchn i pachn iał o c ies tem d rożdżowym i ka wą zbożową. Pani Irena wytar ła ręc e w śc iereczkę, us iad ła naprzec iwk o mn ie i wyję ła fotograf ię tak ostrożn ie, jakby to by ł dok ument z urzędu m ies ta. Przez chw i lę n ic n ie mówi ła.

– No tak – wes tchnę ła w końcu. – Stefan i Wiktor. Brac ia. Sk inę ła g łową.

– Rodzen i. K ie d yś n ierozłączn i. Jak jeden szed ł do sk lepu, drug i za n im. Jak jeden dos ta ł burę, drug i też s ta ł obok, choc i a n ic n ie zrob i ł.

Tac y b y l i. – I m ieszk a l i w mo im dom ie? – zapyta łem. – Wtedy to n ie by ł pana dóm – powiedzia ła c icho.

– To by ł dóm ich rodziców. Potem zos ta ł Stefan. – A Wiktor? – Wiktor przesta ł przychodz ić za dz ian ia.

To „za dz ian ia” zawis ło m ędzy nam i jak mokre prześc ierad ło na sznurze. – C zy l i to on przychodz i nocą? – zapyta łem. – Ja teg o panu n ie powiedzia łam.

– A le pan i wie. – W iem ty le, że s tary cz łow iek czasem ma w ięcej w sercu n iz w torb ie. I n ie wszys tko, co wygląda d zw iwn ie, jest od razu z łe. N ie zam ierza łem odpuszcza ć.

N ie po tym, jak ktoś chodz i ł po mo im ogrodz ie, naprawia ł ławkę i zos taw i a ł kwiaty. – O co s ię pok łóc i l i? – zapyta łem wprost. Pani Irena odwróci ła wzrok w s tronę okna.

– Teg o n ikt porządn ie n ie wie. Jedn i mówi l i, że o z iem ię, drudz i, że o kobi etę, rzec i, że o o jca. Wie pan, jak to jes t. Wieś lubi dopowiedz ieć resztę, k ie d y brakuj e fak tów.

– A pan i w co w ierzy? Spoj rza ła na mn ie os tro. – Ja w ierzę, że gd yby to był o coś prostego, dawno by s ię pogodz i l i. To zdan ie zabra łem ze sobą jak kam ień w k ieszen i.

Tego samego dn ia zaczą łem pytać innych. N ie nacha ln ie. Tak z okazj i. W sk lep ie, k ie d y kupowa łem ch leb i gwoźd z ie.

Sprzedawczyn i, pani Ha l ina, us ły sza wszy im iona Stefan i Wiktor, od razu śc isz y ła g łos. – A c i dwaj? Boże, to by ła h is tor ia. Ca łe m ias teczk o gad a ło.

– O czym? – No w łaśn ie każdy o czym in nym. Podobn ie był o u pana Ryszarda, któ ry prowadz i ł ma ły warsz tat rowerowy, choc i bardz iej s ł u ży ł za klub dyskusy jny d la emery tów. Jeden s tarszy pan tw ierdz i ł, że Wiktor wye jcha ł do Wa łbrz ycha i tam s ię dorob i ł.

Drug i mówi ł, że n ic s ię n ie dorob i ł, ty lko chodz i ł po ludz iach i reperowa ł p ięce. Trzec i prychną ł, że Stefan by ł upart y jak koz ioł i n ikomu n ie wybacz a ł. – A Wiktor? – zapy ta łem.

– Wiktor te ż by ł upart y – odpar ł pan Ryszard. – Ty lko c isz e j. Wróci łem do dóm u z w ięk szym zamętem w g łow ie n iz wcześn iej. M ia łem im iona.

M ia łem z dęc ie. M ia łem ka wa łk i opow ieśc i. A le żadna n ie pasowa ła do końca. Wszysc y w iedz i e l i, że brac ia s ię pokóc i l i.

N ikt n ie w iedz ia ł d lac zego. A łbo w iedz ia ł. Ty lko po ty lu latach prawda zaros ła p łotką jak śc ieżka w moim sadz ie. W ieszór em wyją łem fotograf ię i po ło ży łem ją na kuchennym s to le.

Patr zy łem na twar z e m łodych brac i. Stefan m ia ł szersz y uśm iech. Wiktor s ta ł odrob inę z bok u, a le rękę trzyma ł na ram ien iu b rata mocn o. To n ie wyg ląda ło na l udz i, którz y m ie l i zam i lkną ć na ca łe życ ie.

Przez ki lka nocy n ic s ię n ie d z ia ło. Ju ż myś la łem, że może s taruszek zauważy ł mo ją czuj ność. A le w p iąt ek, k ie d y deszcz przesta ł padać, a o gród pachn ia ł mokrą z iem ią, znowu us ły s za łem furtkę. Tym razem by łem przys gotowan y.

N ie zap a li łem świa tła. W ło ży łem kurtkę, c icho wy szed łem ty lnym i drzw iam i i zatrzyma łem s ię przzy śc ian ie dóm u. Mężczyzna szed ł przez sad tą samą śc ieżką co poprzedn io. Wo lno.

Ostrożn ie. Jak ktoś, kto zna drogę, a le w ła snym nogom już n ie ufa. Przzy jab łon i zatrzyma ł się i opar ł d łoń na pn iu. N ie podszed łem od razu.

Czeka łem, aż ruszy z powrotem. K ie d y sk ierowa ł s ię do furtk i, poszed łem za n im w pewne j od ieg łośc i. N ie czu łem s ię z tym do brze. Ś ledzen ie s targ o cz łow iek a n ie jes t za jęc iem, z któreg o można być dumnym.

A le mus ia łem w iedz ieć. Ty le już był o pó łs łówek, przem i łczeń i tych spojrzeń sąs iadów. Mężczyzna wy szed ł na drogę i skręci ł w s tronę m ias teczk a. Utyka ł mocn iej n iz zauważy łem za p ierwszym razem.

Co ki lkadz ies iąt krok ów przys tawa ł, jakby zb iera ł oddech. Raz opar ł s ię o p łot. I wtedy ks iężyc na chw i lę wy szed ł zza chmur. Zobaczy łem j ego twar z.

By ła pomarszczona, zapadnięta, obca. A jednak coś w uk ładz ie kośc i, w l in i i nos a, w sposob ie trzyman ia g łowy od razu po łączy ło s ię w moje j pam ięc i ze z djęc iem. Ser ce zamar ło m i na sekundę. To by ł Wiktor.

N ie c ień, n ie w łóczęga, n ie ktoś przypadkowy z okol ic y. Jeden z tych dwóch ch łopaków ze s targ fotograf i i s ta ł przede mną jako cz łow iek grubo po os iemdz ies iątce, samotny, zgarb iony, przemoczony od w ieczornej mg ły. I nada ł wrac a ł pod swo je d rzewo. Na stępnego dn ia rano poszed łem do m ias teczk a wcześn iej n iz zwyk le.

Wz ią łem ty lko z dęc ie. Wsunę łem je do wewnętrzne j k iesz en i kurtk i i ruszy łem tą samą drogą, któ rą poprzedn iej nocy szed ł Wiktor. Zna łaz łem g o przzy ma łym skwierz e obok przys tanku autobusowego. S iedz ia ł na ławce z laską opartą o ko lano, w tej samej czapce z daszk iek.

Obok m ia ł s iatkę z aptek i. Patr zy ł przed s ieb ie. – Pan Wiktor – zapy ta łem. N ie d rgną ł.

Ty lko pa lc e mocn iej śc isnę ły s ię na lasce. – Za leży, kto pyta. – Bogdan. Kup i łem dóm po Stefanie.

Dop iero wtedy odwróc i ł g łowę. Twar z m ia ł szarą, zmęczoną, a le oczy jasn e i bardz o przytomne. Przez chw i lę m ierz y ł m n ie wzrok iek, tak, jakby chc ia ł sprzedz ić, czy przyszed łem z pretens j ą, cz y z c iekaw ośćc ią. – To już pana dóm – powiedzia ł.

– W iem. A le pan wc iąż do n ieg o przychodz i. Na te s łowa j ego twar z zamknę ła s ię jak drzw i na zasuwę. – N ikomu krzywdy n ie rob ię.

– Teg o n ie powiedzia łem. – N iczego n ie b iorę. – To te ż zauważy łem. Zapad ł a c isza.

Autobus m i e jsk i pod jech a ł na przys tanek, wypuśc i ł dw ie kob iet y z torbam i i od jech a ł z c iężk ím wes tchn ien ím s iłn i ka. Wiktor patr zy ł na swo je d ło n ie. By ły duże, kośc iste, z powykrzącanym i palcam i. D ło n ie cz łow iek a, któ ry ca łe życ ie coś napraw ia ł, nos i ł, skręca ł, podn os i ł.

– Po co pan przyszed ł? – zapy ta ł w końcu. – Bo n ie lub ię n ie w iedz ieć, kto chodz i po moim o gro dz ie nocą. – To pros zę zamkną ć fur tkę na k łódkę.

– Mo gę. T y lko najp ierw chc ia łem zapytać. S pokojn ie. Tak m i poradzono.

Kąc iek j ego us t poruszy ł s ię lekko. – Irena? Pani Irena zaw sze m ia ła język d łuższy od p łotu. A jednak n iew ie le m i powiedzia ła.

Bo cz asem cz łow iek mądrz e j e na s tarość. Wyją łem z dęc ie z k iesz en i i poda łem mu bez s łowa. Wiktor n ie chc ia ł g o wziąć. Patr zy ł na n ie, jakby foto graf ia mo g ła g o poparzy ć.

D op iero po chw i l i wyc iągną ł rękę. K ie d y zobaczy ł twar z e dwóch m łodych mężczyzn przy ma łej jab łonce, oddech ugrząs ł mu gdzieś w p iers i. – Skąd pan to ma? – Le ża ło pod d rzewem.

Og ładz i ł kc iuk iek brzeg z dęc ia. Tak de l ikatn ie, że aż zrob i ło m i s ię n ieswo j ą. – A myś la łem, że zgub i łem je dawno temu. – To pan i Stefan – powiedzia łem.

Sk iną ł g łową. – M ie l iśmy po dwadz ies ta parę lat. G łup i b y l iśmy, a le s i ln i. Cz łow iek wtedy myś l i, że wszys tko można je szcz e napraw ić.

Odda ł m i z dęc ie. – A potem cz łow iek cz asem n ie naprawia najważn ieg o. N ie powiedzia ł n ic w ięcej. Ws ta ł powo l i, z tak ím wys i łk iek, że odruchowo chc ia łem mu pomóc.

A le spoj rza ł na mn ie os tro, więc cofną łem rękę. – Panie Bogdanie – powiedzia ł – n iech pan robi z dóm ie, co pan chc e. Kup i ł pan, zap ła c i ł pan. Prawo jest po pana s tron ie.

Ja ty lko cz asem popatrzę. Na dóm, na d rzewo. I odszed ł. Przez na stępne dn i n ie nachodz i łem g o.

C iekaw ość g rzyz ła mn ie od ś rodka, a le w iedz ia łem, że są sprawy, któ rych n ie da s ię wyrwać cz łow iek owi jak chwastu z z iem i. Trz eb a pocz ekać, aż sam po luzu j e korzen ie. Zabra łem s ię za sad. Najp ierw wyc ią łem suche ga łęz ie, potem oczyści łem śc ieżkę m ędzy jab łon iam i.

Prac a sz ła powo l i. K ręgos łup przypom ina ł o s ob ie co godz inę. Ko lana s trz e la ły przzy schy lan iu, a ręc e w ieszór em m ia łem tak obo la łe, jakby m znowu pracował przzy s iłn iku okrętowym. A le ogród odpow iada ł.

Z każdym dn iem robi ł s ię jaśn iej, przes tronn iej. Jakby d rzewa mo g ły wreszc ie zaczerpnąć pow ietrza. Któreg oś popo łudn ia Wiktor pojaw i ł s ię przzy fur tce za dz ian ia. S ta ł n iepewn ie w czapce z daszkiem, z tą swo ją laską.

Udawa łem, że mn ie to n ie zdz iw i ło. – Dz ień dobr y – powiedzia łem. – Ka wy? – Lekarz m i zabron i ł.

– To her baty? – Her baty lekarz je szcz e n ie zauważy ł. Us ied ł iśmy na naprawione j ławce pod jab łon ią. N ie pyta łem o przesz łość.

Rozmaw ia l iśmy o d rzewach, o tym, któ r e ga łęz ie c iąć, a któ rych lep iej n ie ruszać. Wiktor zna ł ten sad lep iej n iz ktko lw iek. Po kaz a ł m i s tarą ś l iwę ukrytą za krzakam i, m iej sce po studn i i grus zę, któ ra podobn o rodz i ła owoce tward e jak kam ien ie, a le do bre na kompot. – Pan to wszys tko pam ięta – zauważy łem.

– N iektórych rzec zy cz łow iek n ie um i e zapom n i eć, choćby bardz o chc ia ł. Od teg o dn ia zaczą ł przychodz ić cz asem po po łudn iu. N iby prz ypadk iek. N iby ty lko zobaczy ć, cz y n ie prz yc ią łem czegoś ź le.

Ja przesta łem zamykać fur tkę drutem. N ie mówi łem mu, że czekam. On n ie mówi ł, że przychodz i. I tak m ędzy nam i powsta ło coś w rodza ju umowy, któ re j żad en z nas n ie mus ia ł podp isywać.

A le k ie d y próbowa łem zapyta ć, d lac zego przez ty le lat przychodz i ł nocą, od razu m ilk ł. – To n ie jes t h is tor ia d la obcego cz łow iek a – powiedzia ł raz. – A k ie d y cz łow iek przestaj e być obcy? Popatr zy ł na mn ie d ługo.

– Jak przestaj e pytać d la sensacj i. Teg o w ieszor a d ługo s iedz ia łem sam w sadz ie. S łońce schodz i ło za dach dóm u. Pow ietrze pachn ia ło skoszoną trawą.

Postanow i łem wykopać resztk i s targ o meta lowego obrzeża przzy najs tars ze j jab łon i, bo przeszkadza ło przzy koszen iu. Łopatka uderz y ła o coś twarde. Pomyś la łem, że to kam ień. Odkopa łem z iem ię ręką i zobaczy łem zardzewiał y róg pude łka.

Ser ce zab i ło m i mocn iej. N ie był o duże. Meta lowe. P łask iek.

Ow in ięt e resztk ą cerat y. Wydob y łem j e ostrożn ie, jakby pod z iem ią le ża ło coś żywego. W iek o trzyma ło mocn o, a le po ki lka próbach puśc i ło z suchym trzask iek. W ś rodku był y l isty.

Ca ły p l ik, przew iązan y sznurk iek. Kopert y po żó łk łe, n iektó r e pop lam ion e w i lgoćc ą, a le p ismo wc iąż czytelne. Na każde j w idn ia ło s ię to samo im ię. Wiktor.

Us iad łem c iężko na ławce. Przez chw i lę ty lko patr zy łem na kopert y, czując, jak ogród wokół mn ie c isz n ie. Żadna n ie m ia ła znaczka. Żadna n ie by ła otwarta.

Stefan p isa ł do b rata przez lat a i n igd y n ie wys ła ł an i jednego l is tu. N ie pow in ien byłem czytać tych l is tów od razu. W iem to teraz. Cudz e s łowa, szczegó l n ie tak ie n iewysłan e, mają w sob ie coś święt ego.

Cz łow iek zap isa ł j e n ie d la św iata, ty lko d la jedne j osob y. A potem scho wa ł pod z iem ią, jakby sam ba ł s ię w ła snego serca. A le s iedz ia łem wtedy pod jab łon ią z tym meta lowym pude łk iek na ko lanach i czu łem, że jeżel i od ło żę sprawę na późn iej, to już n igd y n ie znajdę odwagi. P ierwszy l is t by ł krótk i.

Pap ier po żó łk ł, atrament m iej scam i wyb łak ł, a le p ismo Stefana był o mocn e, równ e, t rochę kańc ias te. „Wiktorze, n ie w iem, cz y przydz ies z na Ws zy s tkich Święt ych. Matka pyta ła o c ieb ie, choc i a udawa ła, że n ie pyta. Ja te ż udawa łem, że mn ie to n ie obchodz i.

Wychodz i na to, że w tym dom ie wszysc y udajem y lep iej n iz żyj em y”. Przeczyta łem to zdan ie ki lka raz y. N ie był o w n im an i z łośc i, an i oskarz en ia. By ło zmęc zen ie.

Tak ie zwyk łe, ludzk ie zmęc zen ie cz łow iek a, któ ry za d ługo trzyma ł w sob ie jedno s łowo i już n ie w ie, jak j e wypow iedz ieć. Drug i l is t by ł sprzed ki lku lat późn iej. Potem na stępny i na stępny. Stefan p isa ł rzadko.

Cz asem raz na rok, cz asem dwa raz y w m ies iącu, jakby nag le coś w n im pęka ło i mus ia ł us iąść przzy s to le, zan im znowu zamkn ie wszys tko na k l ucz. N ie p isa ł d ługich h is tor i i. Racze j kawa łk i życ ia: że dach przec iek a nad s ien ią, że s tara jab łon ia wreszc ie da ła owoce, że pani Irena, wtedy je szcz e m łoda sąs iadka, przyn ios ła s ło ik ogórk ów, bo u n ieg o w kuchn i był o smutn o, jak w pocz eka ln i w przychodn i. Uśm iechną łem s ię m imo wo l i przy tym zdan iu.

Stefan mus ia ł m ieć poczuc ie humoru. Ty lko pewn ie rzadko j e komuś pokaz ywa ł. Dop iero po ki lku l is tach zaczę ła wychodz ić sama rana. N ie był o żadneg o w ielk ieg o skanda lu.

Żadneg o majątku, sądu, p ieńędz y pod s to łem. Żadne j zdrady, o jak iej ludz ie p łotkowal i w sk lep ie. Posz ło o o jca. A dok ładn iej o jeden dz ień, k ie d y ich o jc iec po udarze traf i ł do szp ita la w Je len iej Górze.

Stefan zos ta ł wtedy w dom ie, ktoś mus ia ł dop i lnować go spodarstwa, p ięca, zw ierząt, lekarstw d la matk i. Wiktor po jech a ł do szp ita la i by ł przzy o jcu do końca. Ojc iec zm ar ł nad ranem. Wiktor wrócił sam, blady, wykończony, z płaszczem przes iąkn iętym deszczem.

Stefan zamiast go przytu l ić a łbo choc i a zapytać, jak był o, powiedzia ł coś okrutnego. Jedno zdan ie. Że Wiktor zaw sze umiał zna łeźć spos ób, żeby być tym lep szym synem. Boże, jak iek to był o g łup iek i jak iek prawdz iw e.

Wiktor odpow iedz ia ł podobn ie. Że Stefan zos ta ł w dom ie n ie z obow iązku, ty lko d lat ego, że ba ł s ię zobaczy ć o jca s łabego. Potem pad ły na stępn e s łowa. Tak iek, któ rych n ie da s ię cofną ć, choc i a cz łow iek potem przez pó ł życ ia próbu j e udawać, że można.

Drzw i trz asnę ły. Wiktor wy szed ł. Stefan n ie poszed ł za n im. I tak zaczę ło s ię m i lczen ie.

S iedz ia łem przzy s to le w kuchn i do późna. Na zewnątrz zapad ł w ieszór, a ja czyta łem l is t za l is tem przzy żó łtym świa tle lampk i. Her bata wys t yg ła. P lecy bo la ły.

A le n ie potraf i łem przesta ć. Im da le j czyta łem, tym bardz iej w idzia łem n ie dwóch upartych brac i z cudze j opow ieśc i. Ty lko dwóch ludz i, którz y oba j czeka l i na znak od drug ieg o. Stefan p isa ł: „Przyjdź, bo ławka pod jab łon ią bez c ieb ie wygląda g łup io”.

Potem: „W idz ia łem c ię w m ias teczku. Udawa łem, że popraw iam łańcuch przzy rówerze. Ty udawa łeś, że mn ie n ie w idz isz. Dwóch s tarych os łów na jedne j u l icy”.

Je szcz e późn iej: „Gdybyś zapuka ł, otworzy łbym, ty lko n ie w iem, cz y um ia łbym p ierwszy powiedz ieć coko lw iek sensownego”. N ie wys ła ł an i jednego. Najgors ze by ły l is ty z os tatn ich lat. P ismo był o już s łabs ze.

Ręka mus ia ła mu d rżeć. S łowa skręca ły w dó ł, jakby sp ł ywa ły z kartk i. „Wiktorze! Jab łon ia je szcz e s to i, my już m n iej”.

Potem os tatn i n iekodko ńczony: „Brac ie, jeżel i k ie d yś przydz iesz i mn ie n ie będz iesz e, n ie myś l, że n ie czeka łem”. Da le j atrament s ię ur ywa ł. Od ło ży łem kartk ę i przetar łem twar z d ło n ią. N ie p łaka łem.

N ie jes tem z tych, którz y ła two p łaczą, zw łaszcza nad cudzą h is tor ią. A le coś śc isnę ło mn ie w gard łe tak mocn o, że przez chw i lę n ie mo g łem prze łkną ć. Bo to był o zbyt b l ńsk iek. N ie w szczegó łach, a le w mechan izm ie.

I le razy cz łow iek myś l i: j utro zadz wo n ię, za t ydz ień pójdę, przzy okaz j i pow iem, je szcz e będz iesz e czas. A potem czas bez żadneg o os trz eżen ia kończ y rozmowę za nas. Na stępneg o popo łudn ia Wiktor przyszed ł. Jak zwyk le s taną ł przzy fur tce.

I od razu zobaczy ł pude łko na s to le pod jab łon ią. Twar z mu pob ład ła. Przez m omen t wygląda ł, jakby chc ia ł s ię odwróc ić i ode jść. A le n ie m ia ł już s i ły uc iekać przed tym, co przez ty le lat i tak chodz i ło za n im krok w krok.

– Zna łaz pan – powiedzia ł. – Pod korzen iem. N ie w iedz ia łem, co to jes t. – Czy ta ł pan?

N ie odpow iedz ia łem od razu. K łamst wo był oby ła tw iejsze. A le po tych l is tach n ie m ia łem ochoty d ło żyć ko le jneg o. – Tak.

Wiktor zamkną ł oczy. Us iad ł c iężko na ławce, tej samej, któ rą sam pewn ie napraw i ł nocą. Przez d łużs zą chw i lę m i lcza ł. Poda łem mu p l ik kopert.

Wz ią ł j e obiema ręk am i. Pa lc e mu d rża ły. – On p isa ł? – zapy ta ł tak c icho, że ledw ies ły sza łem.

– Przez la ta. Wiktor sk iną ł g łową, a le wygląda ł, jakby teg o ges tu wca łe n ie kontro lowa ł. – Myś la łem, że mn ie wykreś l i ł. – A on myś la ł chy ba, że pan n ie chc e wróci ć.

S tary cz łow iek zaśm ia ł s ię bez radośc i. – Dwaj id ioc i. Ca łe życ ie obok s ieb ie, a żaden n ie um ia ł prze jść przez jedną fur tkę. N ie mówi łem n ic.

Są chw i le, k ie d y każd e poc ies zen ie brzm i jak n ietakt. Wiktor wyją ł z k iesz en i mały, zw iędn ięty bukiet. Tym razem n ie zdąży ł g o po ło ży ć pod d rzewem. Trzyma ł g o na ko lanach i patr zy ł na kwiaty, tak jakby d op iero teraz zobaczy ł, czym naprawdę były.

– P ierwszy raz przyszed łem tyd z ień po pog r zeb ie – powiedzia ł. – Za dz ian ia n ie da łem rady. Ludz ie by patr zy l i, pyta l i. A ja n ie um ia łem powiedz ieć, że przyszed łem do b rata, z któ rym n ie rozmaw ia łem praw ie ca łe życ ie.

Przesuną ł d ło n ią po kopertach. – Potem przychodz i łem co tyd z ień. Myś la łem, że jak przyn ies ę kwiaty, to choc i a z iem ia us ły szy to, czego on już n ie us ły sza ł. Podn iós ł wzrok na jab łon ię.

– Przyn os i łem j e, bo za życ ia n ie przyn ios łem mu jedneg o zwyk łeg o s łowa. Przepras zam. Ogród przez chw i lę by ł tak c isz y, że s ły sza łem w ła sny oddech. S tary cz łow iek s iedz ia ł na ławce z buk ietem na ko lanach.

A ja s ta łem obok i n ie bardz o w iedz ia łem, co zrob ić z ręk am i. Są tak iek m omen ty, k ie d y cz łow iek ma ochotę powiedz ieć coś mądreg o, c iep łeg o, porządn ieg o. A potem rozum i e, że każd e zdan ie będz iek za ma łe. Więc ty lko us iad łem obok n ieg o.

Wiktor wyją ł z pude łka p ierwszy l is t. N ie otworzy ł go od razu. Obrac a ł kopertę w pa lcach, jakby waży ła w ięcej n iz ca ły dóm. Potem przys cną ł ją do p iers i.

N ie p łaka ł g łośn o. Ty lko twar z mu s ię skurczy ła. Tak po s targ mu, bezradn ie, jak u cz łow iek a, któ ry przez ca łe życ ie trzyma ł s ię pros to, a teraz nag le zabrak ło mu s i ły na udawan ie. – Panie Bogdanie – powiedzia ł po d łużs ze j chw i l i.

– Ja naprawdę myś la łem, że on mn ie n ie chc e zna ć. A on czeka ł. W iem. Teraz w iem.

I to „teraz” zabrzm ia ło gorz ej n iz jak i ko lw iek wyrzut. Bo cóż cz łow iek owi po prawd z ie, któ ra przychodz i za późn o? Można j ą po ło ży ć na s to le. Można przeczyta ć.

Można przys cną ć do serca. A le n ie da s ię już zapuka ć do kuchennych drzw i i powiedz ieć: „Stefan, g łup i b y l iśmy, zrób her batę”. Teg o dn ia n ie wróci ł sam. Odprowadz i łem g o ka wa łek, choc i a udawa ł, że n ie trz eb a.

Sz l iśmy powo l i. On z laską, ja obok z ręk am i w k iesz en iach. Przy fur tce zatrzyma ł s ię i spojrza ł na dóm. N ie tak jak ktoś, kto og ląda cudzą w ła sność.

Racze j jak cz łow iek, któ ry żegna s ię z m iej scem, a jednocz eśn ie wreszc ie może na n ie patr zy ć bez w st ydu. – N ie będę już przychodz i ł nocą – powiedzia ł. – Furtka jes t otwarta za dz ian ia. Spoj rza ł na mn ie.

– Pan by m i po zwol i ł, pan ie Wiktorze? Jeżel i ktoś przez ty le lat napraw ia ł m i ławkę, zan im j es zcz e w iedz ia łem, że będz iek moja, to chy ba z as łuży ł na her batę. P ierwszy raz zobaczy łem, jak naprawdę s ię uśm iecha. S łabo, ostrożn ie.

A le jednak. Od na stępneg o tyd zn ia zaczę l iśmy porządkować sad razem. To znac zy ja pracowa łem, a Wiktor g łówn ie s iedz ia ł na ławce i mówi ł m i, co rob ię ź le. I mus zę prz yzna ć, że w dz ięc iu prz ypadkach na dz ies ięć m ia ł rac ję.

W iedz ia ł, któ rą ga łęź zos taw i ć, dz ie k ie d yś ros ły ma l iny, jak g łęboko trz eb a przekopać z iem ię przzy s targ e j g ruszy. K ie d y raz za mocn o przy c ią łem m łodą jab łonkę, prychną ł. – Mech an ik ze s tatku, a d rzewa traktuj e jak rdzawą śrubę. – Śruba przynajmn iej n ie ma pre tens j i – odpow iedz ia łem.

– Ma. Ty lko pan j e j n ie s ły sza ł. Tak zaczę ły s ię nasz e rozmowy. Najp ierw o sadz ie, potem o dom ie, a w końcu o Stefanie.

Wiktor czy ta ł l isty powo l i, n ie wszys tk ieg o na raz. B ra ł jeden do dóm u. Na stępneg o dn ia przynos i ł g o z powrotem i pros i ł o ko le jny. Jakby n ie chc ia ł wyp i ć tej prawd y jednym haus tą, ty lko po lyk a ł, żeby ser ce wy t rzyma ło.

Pani Irena szybko zauważyła zmianę. Pewnego popołudnia przyniosła szarlotkę jeszcze ciepłą, zawiniętą w ściereczkę. – No skoro panowie robią tu prawie historyczne pojednanie, to głupio bez ciasta – oznajmiła. – Pojednanie z kim?

– mruknął Wiktor. – Stefan nie żyje. Pani Irena postawi ła ta lerz na ławce i popatr zy ła na n ieg o surowo. – A le pan żyje.

I o gród też. N iech pan n ie wybrz ydza. N ie wyb rzy dza ł. Z iad ł dwa kawa łk i.

W ieść po sąs iedzku rozesz ła s ię szybko, jak to bywa w ma łych m iej scach. Ktoś przyn iós ł sadzonk i porzec zek. Ktoś inny s tarą koniewkę, bo u Stefana zaw sze taka s ta ła przzy studn i. Pan Ryszard z warsz tatu roweroweg o z j aw i ł s ię z narzędz iam i i bez pyta n ia napraw i ł fur tkę, któ ra skrzyp ła jak potęp iona.

Nawet sprzedawczyn i Ha l ina przys z ła raz po prac ie. N iby ty lko zobaczy ć, a le zos ta ła godz inę i opow iada ła, jak jako d z iewczynk a krad ła z teg o sadu papi erówk i. Wtedy pomyś la łem, że może d om y pam ięta ją ludz i n ie przez śc ian y, ty lko przez to, i lu osobom je szcz e chc e s ię o n ich mów i ć. Pod kon iek lata zaproponow a łem, żeby zrob i ć ma łe s potkan ie w ogrodz ie.

Bez w ielk iej pompy. Bez przemów i eń, jak na akadem i. Ka wa, her bata, c ias to, ki lka krzese ł pod jab łon iam i. Wiktor na początku n ie chc ia ł.

– Po co? – burkną ł. – Cyrku ze mn ie rob i ć? – N ie z pana.

D la Stefana. To g o uc isz y ło. Przysz ło w ięcej osob ów n iz s ię spodz i ewa łem. Pani Irena przyn ios ła sern ik.

Ha l ina d rożdżow e. Ktoś termos z ka wą. Ktoś na l ewkę, któ re j of ic ja ln ie n ikt n ie w idzia ł. Wiktor s iedz ia ł pod s tarą jab łon ią w czys te j koszu l i i marynarce, która pam ięta ła lep s ze cz asy.

Na ławce obok le ża ło pude łko z l is tami. N ie pokaz ywa l iśmy ich wszys tkim. To n ie by ła wys tawa. To by ła sprawa m ędzy brac iam i.

A le Wiktor wyją ł jeden l is t. Ten os tatn i, n iekod ko ńczony. Przez chw i lę trzyma ł g o w d ło n iach. Potem powiedzia ł ty lko:

– Stefan tu czeka ł.

Ja też. Ty lko oba j b y l iśmy za dumn i, żeby zrob i ć dwa krok i. N ikt n ie k łaska ł. N ikt n ie mówi ł p iękn ie.

Ludz ie s ta l i c icho, bo każdy chy ba przypom n ia ł sob ie kogoś, do kog o też n ie zadz won i ł na cz as. Potem Wiktor podszed ł do jab łon i i po ło ży ł pod n ią buk iet. N ie nocą, n ie ukradk iek. W b ia ły dz ień, przzy wszys tkich.

S ta ł chw i lę z poch y loną g łową. A ja p ierwszy raz n ie czu łem, że podg lądam cudzą ta jemn icę. Czu łem, że jestem św iadk iek czegoś, co wreszc ie zna łaz ło swo je m iej sce. Je s ien ią o gród wygląda ł już inac ze j.

Śc ieżka by ła czys ta. Ławka mocn a. D rzewa prześw iet lón e. Wiktor przychodz i ł coraz rzadz iej, a le za każdym razem za dz ian ia.

Cz asem s iad a ł. Cz asem wyp i ja ł her batę. Cz asem ty lko do tyka ł pn ia jab łon i i wrac a ł do s ieb ie. Ju ż n ie jak cz łow iek, któ ry pros i o przebac zen ie w c iemnośc i.

Racze j jak brat, któ ry wreszc ie może odw iedz i ć b rata bez w st ydu. A potem przysz ła w iosna. Tak a prawdz iwa, jasn a, z mokrą z iem ią, z p takam i wrzeszczącym i od rana i z pow ietrzem, któ re pachn ia ło nowym początkiem. S tara jab łon ia zakw it ła najp iękn iej ze wszys tkich.

S ta łem pod n ią d ługo, zan im us iad łem na ławce. Dóm za mo im i p lecam i m ia ł je szcz e krzywy dach. W kuchn i czeka ły n iekodko ńczon e szafk i. A w s ien i le ża ła l is ta rzec zy do napraw ien ia, d ługa jak ko le jka w przychodn i.

A le teg o ranka n ic mn ie n ie gon i ło. Patr zy łem na b ia łe kwiaty i myś la łem o dwóch brac iach, którz y posadz i l i c ienk iek d rzewko, pewn i, że mają przed sobą ca łe życ ie. Myś la łem o tym, jak ła two cz łow iek my l i dumę z godnośc ią, m i lczen ie z s i łą, a czas z czymś, czego zaw sze będz iek pod dosta tk iek. Kup i łem ten dóm, bo by ł tan i.

A potem zrozumia łem, że j ego prawdz iwa cena n ie m ia ła n ic wspó lneg o z p ieńędz m i. Bo cz asem ludz ie wca łe n ie szukają dóm u. Cz asem przez ca łe życ ie szukają odwag i, żeby powiedz ie ć jedno zwyk łe s łowo.

Przepras zam.