Klucz do piwnicy wisiał na osobnym haczyku, wysoko nad drzwiami spiżarni. Zauważyłam go już w pierwszym tygodniu po przeprowadzce, kiedy szukałam miejsca na słoiki i środki czystości. Był duży, stary, z przywiązaną czerwoną tasiemką.

— Na dole jest wilgoć i pełno gratów — powiedział wtedy Piotr. — Dziewczynki nie powinny tam chodzić.
Nie pytałam więcej. Dopiero co zostałam jego żoną i nie chciałam zachowywać się jak ktoś, kto wchodzi do cudzego domu, a potem od razu otwiera wszystkie szuflady.
Piotr był wdowcem. Jego żona, Monika, zmarła cztery lata wcześniej po ciężkiej chorobie. Zostawiła dwie córki: ośmioletnią Maję i pięcioletnią Ulę.
Poznaliśmy się w kancelarii notarialnej, gdzie pracowałam jako sekretarka. Przyszedł uporządkować dokumenty po rodzicach i pomylił godziny spotkania. Czekał prawie godzinę, pijąc herbatę z automatu i próbując zająć czymś dziewczynki.
Nie zakochałam się w nim od razu. Najpierw polubiłam jego cierpliwość. Potrafił pół godziny słuchać, jak Ula opowiada o ślimaku znalezionym na chodniku, a potem bez złości wrócić do rozmowy o księdze wieczystej.
Z dziewczynkami też nie próbowałam się spieszyć. Maja była uprzejma, ale ostrożna. Ula po kilku tygodniach zaczęła siadać mi na kolanach podczas czytania. Nigdy nie mówiły do mnie „mamo” i nie oczekiwałam tego.
Po ślubie zamieszkałam w ich domu na obrzeżach Płocka. W kuchni stał stary kredens, na schodach leżała wydeptana wykładzina, a w przedpokoju wisiały rodzinne zdjęcia. Na kilku była Monika.
Nie prosiłam, żeby je zdejmowano.
Problemem nie były fotografie. Problemem było to, że w domu istniały miejsca, o których Piotr nie chciał rozmawiać.
Po śmierci żony sam wychowywał dzieci. Rodzice Moniki mieszkali daleko, a jego matka chorowała. Wszyscy powtarzali mu, że jest dzielny, że świetnie sobie radzi, że dziewczynki mają szczęście.
On tylko przytakiwał i robił kolację.
Maja czasem siadała na podłodze przed drzwiami do piwnicy. Gdy mnie widziała, szybko wstawała i mówiła, że szuka kota. Ula z kolei raz zapytała, czy „na dole jest dziś zimno”.
— Na dole zawsze jest chłodno — odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie poważnie.
— Mama nie lubiła zimna.
Później pobiegła po kredki, a ja zostałam przy kuchennym blacie z obraną marchewką w dłoni. Uznałam, że chodziło jej o wspomnienie. Dzieci po stracie potrafią mówić tak, że dorosły długo zastanawia się, czy dobrze zrozumiał.
Prawda wyszła na jaw pod koniec listopada. Piotr pojechał do sąsiedniego powiatu odebrać część do samochodu, a ja zostałam z dziewczynkami, które miały katar i nie poszły do szkoły ani przedszkola.
Po śniadaniu Ula zbudowała z krzeseł autobus. Maja czytała na kanapie, co kilka minut sprawdzając temperaturę na termometrze, choć nie miała gorączki. W południe nastawiłam rosół i zaczęłam kroić warzywa.
Maja weszła do kuchni w grubych skarpetach.
— Chcesz zobaczyć, gdzie mieszka mama? — zapytała.
Odłożyłam nóż.
— Twoja mama nie żyje, kochanie.
— Wiem. Ale tata mówi, że na dole nadal jest z nami.
Podeszła do spiżarni i wskazała klucz z czerwoną tasiemką. Ula stanęła obok niej, ściskając pluszowego królika.
— Oglądamy tam mamę — dodała.
Zdjęłam klucz z haczyka. Nie dlatego, że spodziewałam się czegoś strasznego. Chciałam tylko zrozumieć, dlaczego obie dziewczynki mówiły o piwnicy tak, jakby za drzwiami czekał ktoś żywy.
Na schodach pachniało wilgocią. Pod ścianą stało wiadro, do którego z rury spadały pojedyncze krople. W głębi Piotr urządził pokój.
Była tam kanapa z narzuconym beżowym swetrem, półki z albumami, dziecięcy stolik i telewizor. Na ścianach wisiały fotografie Moniki. Obok stały jej kalosze, kubek z wyszczerbionym uchem i torba, z którą podobno jeździła do szpitala.
W pudełkach leżały rachunki za leczenie, wypisy ze szpitala, akt zgonu i kartki zapisane jej pismem. Na jednym pudle ktoś napisał: „Nie wyrzucać”.
Maja włączyła telewizor. Na ekranie pojawiło się nagranie z urodzin Uli. Monika siedziała przy kuchennym stole, wychudzona, ale uśmiechnięta, i poprawiała córce papierową koronę.
— Tata tutaj z nią rozmawia — powiedziała Maja. — Czasem pyta, co ma zrobić.
Usiadłam na schodku. Nie wiedziałam, co powiedzieć dziewczynkom, żeby nie odebrać im matki po raz drugi, a jednocześnie nie utrwalać przekonania, że mieszka w wilgotnej piwnicy.
Piotr wrócił wcześniej. Usłyszeliśmy drzwi wejściowe, potem jego kroki.
— Gdzie jesteście? — zawołał.
Maja pobiegła na górę.
— Pokazałam Annie pokój mamy!
Piotr zatrzymał się w drzwiach piwnicy. Najpierw spojrzał na mnie, później na otwartą szafkę z płytami.
— Prosiłem, żebyś tu nie wchodziła.
— Powiedziałeś, że są tu stare narzędzia.
— To moje rzeczy.
— Dziewczynki wierzą, że ich matka tutaj mieszka.
Odwrócił się do Mai.
— Idźcie z Ulą do kuchni. Rosół już pewnie gotowy.
Maja natychmiast spuściła głowę.
— Zrobiłam źle?
Piotr przykucnął przy niej.
— Nie. To ja źle to wszystko urządziłem.
Kiedy dzieci wyszły, usiadł na dolnym stopniu. Długo patrzył na wiadro pod rurą.
Powiedział, że po pogrzebie nie potrafił wyrzucić rzeczy Moniki. Rodzina radziła mu pozbyć się ubrań, żeby „zaczął żyć normalnie”. Zniósł więc wszystko do piwnicy. Gdy córki pytały o mamę, przyprowadzał je tutaj, pokazywał filmy i zdjęcia.
— Na początku wiedziały, że to tylko pamiątki — powiedział. — Potem Ula zaczęła mówić, że mama mieszka na dole. Powinienem był ją poprawić. Nie zrobiłem tego.
— Dlaczego?
Przetarł twarz dłonią.
— Bo przez godzinę w tygodniu też mogłem udawać, że Monika nadal jest częścią naszego domu.
Zapytałam, dlaczego ożenił się ze mną, skoro utrzymywał dla pierwszej żony osobny pokój i ukrywał go za zamkiem.
Nie odpowiedział od razu.
— Kocham cię — powiedział w końcu. — Ale chyba liczyłem też, że pomożesz mi unieść życie, którego sam nie potrafiłem dalej prowadzić.
Ta odpowiedź zabolała bardziej niż wymówka.
Nie wyprowadziłam się tamtego dnia. Nie obiecałam też, że wszystko będzie dobrze. Ustaliliśmy, że Piotr porozmawia z psychologiem, a dziewczynkom wyjaśnimy prawdę spokojnie, bez zabierania im wspomnień.
Następnego ranka usiedliśmy przy kuchennym stole. Piotr położył przed córkami album.
— Mama nie mieszka w piwnicy — powiedział. — Zostawiłem tam jej rzeczy, bo bardzo za nią tęskniłem. Powinienem był wam powiedzieć to wcześniej.
Ula zapytała, czy nadal będą mogły oglądać nagrania. Maja chciała wiedzieć, czy zdjęcia trzeba wyrzucić.
— Niczego nie wyrzucamy bez was — odpowiedziałam.
Wiosną osuszyliśmy piwnicę. Dokumenty i najważniejsze pamiątki przenieśliśmy do pokoju na piętrze. Dziewczynki same wybrały zdjęcia, które chciały powiesić. Resztę ułożyłyśmy w opisanych pudełkach.
Klucz z czerwoną tasiemką nadal wisi w spiżarni, ale drzwi nie są już zamykane.
Czasem Maja schodzi po album, a Ula prosi o nagranie z papierową koroną. Piotr siada wtedy z nimi na kanapie. Ja zwykle przynoszę herbatę i zostawiam kubki na dziecięcym stoliku.
Beżowy sweter Moniki leży w jednym z pudeł. Nikt go nie nosi, ale też nikt nie musi już udawać, że jego właścicielka wróci po niego wieczorem.


