Siostra urządziła parapetówkę w dniu pogrzebu mojej córki

Siostra urządziła parapetówkę w dniu pogrzebu mojej córki

Mama podała mi swoją czarną torebkę tuż przed wyjściem z kaplicy i powiedziała, żebym zaniosła ją do samochodu. Miała zaczerwienione oczy, ale już poprawiała kołnierz płaszcza i zerkała na zegarek.

— U Beaty zaczynają o trzeciej — szepnęła. — Obiecałam, że pomogę przy cieście.

Spojrzałam na nią, nie bardzo rozumiejąc, po co mówi mi o cieście, kiedy kilka metrów dalej stała urna z prochami mojej dwunastoletniej córki. Ksiądz czekał, aż rodzina ruszy w stronę cmentarza. Mój mąż, Paweł, trzymał w dłoni białą różę i patrzył w posadzkę.

Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata. Zosię urodziłam późno, po latach leczenia i dwóch poronieniach, o których w naszej rodzinie prawie się nie rozmawiało. Była jedynaczką, spokojną, trochę roztargnioną. Zostawiała gumki do włosów na kuchennym stole i karteczki z rysunkami w kieszeniach moich kurtek.

Beata była ode mnie cztery lata starsza. Właśnie skończyła remont domu pod Lublinem, kupionego za pieniądze ze sprzedaży działki po teściach. Parapetówkę planowała od dwóch miesięcy. Początkowo miała być w sobotę, ale po śmierci Zosi przesunęła ją na piątek, dokładnie na dzień pogrzebu.

Powiedziała, że catering nie ma innego terminu, a część gości przyjeżdża z Warszawy.

Na cmentarzu została z nami mama, mój brat z żoną i dwie ciotki. Beaty nie było. Po złożeniu urny brat położył mi rękę na ramieniu, po czym zapytał cicho, czy nie będę miała nic przeciwko temu, że pojadą już do niej. Dzieci siedziały same w samochodzie, a poza tym zamówili nocleg.

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na mokry piasek przy grobie i na wstążkę zsuwającą się z wieńca od szkoły Zosi.

Spotkanie po pogrzebie zrobiliśmy w małej sali przy zakładzie pogrzebowym. Na stole stał rosół, kawa w termosach i talerze z sernikiem. Z dwudziestu nakryć zajętych było siedem. Paweł siedział obok mnie, lecz przez cały czas obracał łyżeczkę w palcach. Od wypadku rozmawialiśmy głównie o policji, ubezpieczeniu i rachunkach ze szpitala.

Kiedy wróciliśmy do mieszkania, położyłam dokumenty z komendy na kredensie. Zosia zginęła dwa tygodnie wcześniej na drodze między Nałęczowem a Lublinem. Padał deszcz, a kierowca dostawczego busa zjechał na nasz pas. Policja nie miała wątpliwości, kto spowodował wypadek, ale w rodzinie zaczęło krążyć inne pytanie: po co w ogóle jechałam tamtą drogą.

Telefon zadzwonił podczas kolacji, której żadne z nas nie tknęło.

— Masz torebkę mamy — powiedziała Beata zamiast powitania. W tle grała muzyka, ktoś się śmiał. — Są w niej leki na ciśnienie. Przywieziesz?

Paweł podniósł wzrok.

— Nie jedź — powiedział.

Wyjęłam torebkę spod wieszaka. Może chciałam zobaczyć ich wszystkich przy jednym stole. Może potrzebowałam sprawdzić, czy naprawdę potrafili po pogrzebie zdjąć czarne płaszcze i nalać sobie wina.

Dom Beaty świecił wszystkimi oknami. Przy furtce wisiały złote balony, a na podjeździe nie było gdzie zaparkować. W przedpokoju stały bukiety, kartony po prezentach i rząd butów. Mama siedziała w kuchni z filiżanką kawy. Kiedy mnie zobaczyła, natychmiast wstała.

— Dobrze, że przywiozłaś leki — powiedziała. — Zjedz coś, Beatka zrobiła sałatkę.

Podałam jej torebkę i położyłam kluczyki na blacie, bo nagle przeszkadzały mi w dłoni.

— Nie mogłaś zostać z nami godzinę dłużej? — zapytałam.

Mama zaczęła szukać tabletek, choć dobrze wiedziała, w której kieszeni je trzyma.

— Nie chciałam zostawiać Beaty samej z gośćmi.

Siostra weszła do kuchni z pustą paterą. Miała granatową sukienkę i świeżo ułożone włosy.

— Proszę cię, nie zaczynaj — powiedziała cicho. — Dzisiejszy dzień jest trudny dla wszystkich.

— Dla Zosi już nie.

Beata odłożyła paterę do zlewu trochę za mocno. Z salonu dobiegały rozmowy, ale kilka osób stojących przy drzwiach zaczęło nas słuchać.

— Nie mogę odwołać życia całej rodziny — powiedziała. — Poza tym sama zdecydowałaś się wtedy jechać przez Wąwolnicę. Nikt cię nie zmuszał.

To zdanie słyszałam już wcześniej. Od mamy, od brata, nawet od ciotki na szpitalnym korytarzu. „Po co wybrałaś objazd?”. Jakby odpowiedź mogła uporządkować wszystko, czego nie dało się już naprawić.

Mąż Beaty, Andrzej, stał przy drzwiach do spiżarni. Przez chwilę patrzył na żonę, potem odstawił szklankę.

— Nie mów tak — powiedział.

Beata odwróciła się do niego.

— To nie jest pora.

— Właśnie dlatego jest.

W kuchni zrobiło się ciszej. Andrzej oparł dłonie o stół, jakby szykował się do rozmowy, której od dawna unikał.

— To Beata zadzwoniła tamtego ranka do Ewy — powiedział. — Poprosiła ją, żeby odebrała z Nałęczowa lampy i obrusy na dzisiejsze przyjęcie. Kurier pomylił adres, a ona nie chciała płacić za ponowną dostawę.

Mama przestała grzebać w torebce.

— Ewa powiedziała, że wiezie Zosię do szkoły — ciągnął Andrzej. — Beata nalegała. Powiedziała, że objazdem przez Wąwolnicę będzie szybciej i że Zosia spóźni się najwyżej na pierwszą lekcję.

— To miał być zwykły kurs — wtrąciła Beata. — Skąd mogłam wiedzieć?

— Nie mogłaś — odpowiedział. — Ale po wypadku powiedziałaś wszystkim, że Ewa pojechała tam bez powodu. Kazałaś mi milczeć, bo bałaś się, że rodzina uzna cię za winną.

Nie pamiętam, kto pierwszy wyszedł z kuchni. Usłyszałam przesuwane krzesło i czyjeś ciche „chodźmy”. Brat spojrzał na Beatę, ale nic nie powiedział. Mama usiadła z powrotem i trzymała blister z tabletkami na otwartej dłoni.

— To był wypadek — powiedziałam. — Policja to ustaliła. Nie pytam, czy go spowodowałaś. Pytam, dlaczego pozwoliłaś im obarczać mnie.

Beata wytarła mokrą paterę ścierką, chociaż nikt jej o to nie prosił.

— Bałam się — powiedziała w końcu. — A potem było już za późno, żeby to odkręcić.

— Na pogrzeb też było za późno?

Nie odpowiedziała. Z salonu ktoś wyłączył muzykę. Andrzej poprosił gości, żeby wrócili do domów. Nie podnosił głosu. Ludzie zabierali płaszcze i reklamówki z prezentami, unikając mojego wzroku.

Paweł czekał na mnie w samochodzie. Kiedy wsiadłam, nie zapytał, co się stało. Położył tylko rękę na moim kolanie i siedzieliśmy tak kilka minut przed oświetlonym domem Beaty.

W mieszkaniu nadal stały dwa kubki po porannej herbacie. Jeden był mój, drugi Zosi, z wyszczerbionym uchem i namalowanym kotem. Umyłam swój i odstawiłam go do szafki. Jej kubka nie ruszyłam.

Dokument z policji schowałam do szuflady pod starymi zdjęciami. Nie potrzebowałam już trzymać go na kredensie jak dowodu dla rodziny.

Za oknem ktoś zamykał osiedlowy sklep. Paweł nastawił wodę, a ja znalazłam na krześle różową gumkę do włosów. Położyłam ją obok kubka Zosi i usiadłam przy stole, zanim czajnik zdążył się wyłączyć.