Stałem przed domem Elizy z pudełkiem ciasta w rękach i próbowałem poprawić koszulę, choć od upału przykleiła mi się do pleców. Przez całą drogę powtarzałem sobie, że lepiej przyjść kwadrans wcześniej i pomóc nakryć do stołu. Do dziś łapię się na tym, że nadal żyję według jej zasad. Wziąłem też mały zestaw do robienia latawców, bo Kuba ostatnio opowiadał, że chciałby puszczać coś nad Wisłą.

Dołożyłem się do wkładu własnego, kiedy bank kręcił nosem na dochody Patryka. Myślałem, że to będzie dobry dzień. Nie uśmiechnęła się. Nie powiedziała: „Tato, no wreszcie jesteś”.
No dzień ojca. Dziadek Marian już chciał do mnie podbiec, ale Eliza złapała go za ramię i powiedziała tylko: „Kuba, wracaj do ogrodu”. Boże, do dziś pamiętam ten wzrok. Nawet nie zaprosiła mnie do środka na szklankę wody, a przecież pół Torunia kłaniało mi się na ulicy.
Jeszcze miesiąc temu jakaś kobieta podeszła do mnie w tramwaju i powiedziała: „Panie dyrektorze, dzięki panu poszłam na historię na UMK”. Odwróciłem się i powoli poszedłem do samochodu. Droga do domu była jak przez mgłę. Usiadłem w kuchni przy stole i długo patrzyłem na pustą filiżankę po herbacie, a potem pierwszy raz dopuściłem do siebie myśl, której wcześniej panicznie się bałem.
Siadałem w salonie i po kilku minutach przenosiłem się do ogrodu. A czasem miałem wrażenie, jakby wyszła tylko do sklepu. Rano zadzwoniłem do agentki nieruchomości. Tak szybko, jakby człowiek nie dojrzewał do takich decyzji latami.
Nie miałem siły tłumaczyć czegoś, czego sam jeszcze do końca nie rozumiałem. 70 000. 70 000 zł przez kilka lat. Stałem przy oknie i patrzyłem na ogród Danuty, na jabłoń, którą sadziliśmy razem 20 lat wcześniej.
Wyciągnąłem telefon odruchowo, żeby zadzwonić do Danuty i dopiero po sekundzie przypomniałem sobie, że od dwóch lat nie ma już numeru, pod który można zadzwonić. To ona dzwoniła do Elizy pierwsza po każdej kłótni. Wszedłem do domu cicho, bo myślałem, że dzieci śpią i wtedy usłyszałem głos Patryka w kuchni. Mówił coś o tym, że jestem jakby jedną nogą w grobie i tylko blokuję dostęp do pieniędzy.
Do dziś pamiętam, co wtedy poczułem. Opowiadała o sobie, że wróciła nad morze po studiach, że prowadzi kawiarnię z mężem, że do dziś pamięta moje opowieści o Westerplatte. Kiedy wróciłem wieczorem do pensjonatu, Bożena siedziała na tarasie i paliła papierosa. Powoli przyzwyczajałem się do ciszy, do szumu fal za oknem i do tego dziwnego uczucia, że nikt niczego ode mnie nie chce.
Rano chodziłem z aparatem do portu, potem siadałem w kawiarni Karoliny albo pomagałem Bożenie przenosić skrzynki z warzywami do kuchni pensjonatu. Aż do tamtego popołudnia. „No młody, ale ty urosłeś” – wyszeptał mi do ucha. Patryk pochylił się do przodu i powiedział: „I szczerze mówiąc, jeśli pan nie wróci do normalności, może lepiej będzie ograniczyć kontakty”.
Kuba zaczął płakać, kiedy wsadzali go do auta. Kilka razy brałem telefon do ręki. Chciałem zadzwonić do Elizy, przeprosić, ustąpić, wrócić, choćby tylko po to, żeby znów zobaczyć Kubę i Zosię. Któregoś ranka Bożena po prostu zapukała do mojego pokoju.
Zaprowadziła mnie do małego domu kultury przy porcie. „Brakuje nam rąk do pomocy” – powiedziała. Do dziś pamiętam pańskie lekcje o Katyniu. Siedziałem wieczorem w pokoju i czytałem te wiadomości jedna po drugiej, a potem ktoś wrzucił stare zdjęcie ze szkolnej akademii sprzed 20 lat.
A tymczasem gdzieś po świecie chodzili ludzie, którzy nadal pamiętali moje słowa sprzed 20, 30 lat. Przyzwyczaiłem się do nowego życia. Spakował rzeczy i wyjechał do Gdańska z jakąś kobietą z pracy. Nawet teraz wszystko wracało do niej.
Odwróciłem wzrok do okna. Tydzień wcześniej zadzwoniła do mnie Karolina, tak podekscytowana, że ledwo rozumiałem co mówi. Jeden z nich podszedł do mnie i mocno uścisnął mi rękę. Kuba biegł prosto do mnie przez całą salę.
Eliza podeszła do mnie później, kiedy dzieci oglądały zdjęcia z Karoliną. Nie chciałem już wracać do dawnych ran.


