Trzy tygodnie po pogrzebie mamy siedzieliśmy z bratem w kancelarii notarialnej w Płocku i czekaliśmy, aż notariusz skończy omawiać testament. Na stole stała szklana karafka z wodą, której nikt nie tknął. Piotr obracał w palcach kluczyki do samochodu, a ja patrzyłam na nazwisko sąsiada zapisane obok naszych.

Połowa domu miała przypaść nam — po jednej czwartej mnie i Piotrowi. Drugą połowę mama zapisała panu Romanowi z posesji obok.
— Chyba jest jakaś pomyłka — powiedział Piotr.
Notariusz poprawił okulary i pokręcił głową.
— Pani Zofia sporządziła testament świadomie. Była u mnie dwa razy. Chciała też zostawić dokumentację medyczną, żeby później nie było wątpliwości, czy rozumiała swoją decyzję.
To ostatnie zdanie zabrzmiało jak coś przygotowanego specjalnie dla nas.
Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata. Mama zmarła w wieku sześćdziesięciu dziewięciu. Mieszkałam w Warszawie, pracowałam w administracji i zawsze mówiłam sobie, że do niej mam przecież tylko półtorej godziny samochodem. Piotr mieszkał jeszcze bliżej, pod Sochaczewem. Oboje mieliśmy pracę, dzieci, rachunki i własne problemy.
Po śmierci taty mama została sama w domu pod Płockiem, ale długo była sprawna. Sama paliła w starym piecu, robiła zakupy w sklepie przy szosie i chodziła na cmentarz do taty.
Przynajmniej tak sobie tłumaczyliśmy.
Po wyjściu z kancelarii Piotr od razu zadzwonił do Romana.
— Musimy porozmawiać o domu — powiedział bez przywitania.
Roman odpowiedział spokojnie, że możemy przyjechać w sobotę. Nie zaprosił nas do siebie. Powiedział tylko, że będzie u mamy, bo ma jeszcze klucze i chce dokończyć porządki w kotłowni.
Kiedy weszliśmy do rodzinnego domu, wszystko pachniało tak samo jak dawniej: drewnem, herbatą i maścią kamforową, którą mama smarowała kolana. Na stole w kuchni stał kubek z wyszczerbionym uchem. Piotr otworzył kredens, jakby szukał czegoś konkretnego, chociaż oboje wiedzieliśmy, że nie po naczynia przyjechaliśmy.
Roman siedział przy stole w roboczym swetrze. Położył przed sobą pęk kluczy.
— Te są do domu, ten mały do szopy, a ten do furtki od ogródka — powiedział. — Wasza mama kazała mi mieć komplet.
Piotr nawet nie usiadł.
— Właśnie o tym chcemy rozmawiać. O tym, co ci kazała mieć i co ci jeszcze dała.
Roman spojrzał na mnie, potem na brata. Nie podniósł głosu.
— Domu nie brałem od niej za przysługę. Sama to załatwiła.
— Sąsiadowi zapisuje się pół domu za noszenie węgla? — zapytał Piotr.
Roman przez chwilę nic nie mówił. Potem wstał i poszedł do pokoju mamy. Wrócił z granatowym kalendarzem, takim dużym, z jednym dniem na każdej stronie, i reklamówką z apteki.
Położył wszystko na stole.
— To sobie zobaczcie.
Pierwsza kartka, którą otworzyłam, była z lutego trzy lata wcześniej. „Przychodnia, 9.20. Roman wiezie”. Dwa dni później: „wyniki, Roman odbiera”. W marcu: „kardiolog NFZ, 6.45 wyjazd”. Dalej endokrynolog, ortopeda, badania krwi, rehabilitacja. Przy niektórych datach mama dopisywała ceny leków. Przy innych jedno słowo: „Roman”.
— Skąd to masz? — zapytałam.
— Leżało przy telefonie. Wasza mama wszystko zapisywała.
Wyjął z reklamówki rachunki. Apteka w Płocku, stacja benzynowa, sklep medyczny, prywatne badanie, bo na termin z NFZ trzeba było długo czekać. Na kilku paragonach długopisem było napisane: „oddać Romanowi”. Na innych: „Roman nie chciał”.
Piotr usiadł.
— Mogłeś zadzwonić.
Roman spojrzał na niego długo.
— Dzwoniłem.
Nie powiedział tego z pretensją. To było gorsze.
Wyjął telefon i pokazał stare wiadomości. „Pani Zofia ma jutro badanie, czy ktoś z państwa przyjedzie?” „Mama gorzej chodzi, trzeba będzie zamówić opał.” „Proszę oddzwonić, byliśmy dziś na SOR-ze.”
Przy moim nazwisku zobaczyłam odpowiedź wysłaną o 21.13: „Oddzwonię jutro, jestem w pracy.”
Nie oddzwoniłam.
Pamiętałam tamten wieczór. Robiliśmy z mężem kolację, córka opowiadała o problemach na studiach, telefon leżał na blacie między deską do krojenia a miską z sałatą. Przeczytałam wiadomość i pomyślałam, że zadzwonię rano. Rano miałam zebranie. Potem minął drugi dzień i trzeci.
Piotr patrzył w podłogę.
Roman otworzył kalendarz na grudniu.
— Ostatnia Wigilia, którą spędziliście wszyscy razem, była cztery lata temu. Potem raz była u ciebie, Piotr, raz u córki, a ostatnią siedziała tutaj.
— Sam ją zostawiłeś? — wyrwało mi się.
Roman podniósł brwi.
— Nie. Przyniosłem z żoną barszcz i rybę. Posiedzieliśmy do dziewiątej.
Zrobiło mi się wstyd, ale nie taki, który szybko mija po kilku przeprosinach. Raczej ten cichy, kiedy człowiek przypomina sobie własne wymówki słowo po słowie.
Poszłam do sypialni mamy. Przy łóżku stał mały stolik, a na nim zaschnięty ślad po niedopitej herbacie. W szufladzie znalazłam zdjęcie. Mama siedziała przed przychodnią w puchowej kurtce, obok Roman trzymał jej torbę. Na odwrocie było napisane: „Styczeń. Po kontroli. Znowu ślisko.”
Kiedy wróciłam do kuchni, Piotr pytał o zachowek i o to, czy można podważyć testament.
— Możecie próbować — powiedział Roman. — Ja się z wami sądzić nie chcę. Jak trzeba będzie, pójdę do sądu i pokażę wszystko.
— Czyli dokumenty już sobie przygotowałeś — rzucił Piotr.
Roman westchnął.
— Nie dla sądu. Dla waszej mamy. Ona się bała, że po jej śmierci powiecie, że ją namówiłem.
Podał mi kopertę. W środku była kartka zapisana ręką mamy.
„Roman ma dostać połowę nie za zakupy ani za wożenie do lekarza. Ma ją dostać, bo przez trzy lata był człowiekiem, który był obok, kiedy potrzebowałam pomocy. Dzieci kocham, ale nie chcę już udawać, że przyjeżdżały.”
Piotr przeczytał i odsunął kartkę.
— Mama też mogła powiedzieć.
— Mówiła — odpowiedział Roman. — Tylko zwykle przez telefon pytała, kiedy będziecie.
W domu zrobiło się cicho. Za oknem ktoś przejechał traktorem, a z kotłowni dobiegł metaliczny trzask starego pieca, taki sam jak za czasów taty.
Nie poszliśmy do sądu. Piotr długo się na mnie złościł, jakbym to ja miała go przekonać do walki. Potem przez kilka tygodni prawie się nie odzywał.
Wiosną pojechałam sama do domu mamy. Roman przycinał porzeczki przy płocie. Nie rozmawialiśmy o spadku. Dał mi tylko drugi komplet kluczy i powiedział, że dach nad gankiem trzeba będzie naprawić przed jesienią.
W kuchni znalazłam ten granatowy kalendarz. Na ostatniej zapisanej stronie mama miała wizytę u kardiologa. Obok godziny widniało jedno zdanie: „Roman odbierze o siódmej.”
Zaparzyłam herbatę i usiadłam przy stole. Tym razem nie spieszyłam się, żeby gdzieś zadzwonić.


