Walizka stała przy windzie, oparta o ścianę między skrzynką z gaśnicą a drzwiami do zsypu. Ta sama brązowa walizka, z którą trzydzieści lat wcześniej jeździłam z mężem nad Bałtyk. Zamek od dawna się nie domykał, więc Beata przewiązała ją paskiem od starego szlafroka.

— Resztę rzeczy spakuję później — oznajmiła, nie wychodząc całkiem z mieszkania. — Na razie weź to, co najpotrzebniejsze.
W ręce trzymałam filiżankę po moim synu. Białą, z cienkim granatowym paskiem i niewielkim pęknięciem przy uchu. Marek pił z niej poranną kawę nawet podczas chemioterapii, gdy prawie wszystko miało dla niego metaliczny smak. Nie rozumiałam, dlaczego podała mi właśnie ją.
Miałam sześćdziesiąt sześć lat i od czternastu mieszkałam z synem, synową oraz wnuczką w czteropokojowym mieszkaniu na katowickim osiedlu Tysiąclecia. Wprowadziłam się, kiedy Lena miała sześć lat i bez przerwy chorowała. Beata pracowała w księgowości, Marek wyjeżdżał na kilkudniowe montaże, a ja odbierałam dziecko ze szkoły, chodziłam do przychodni i pilnowałam inhalacji.
Po śmierci syna niczego nie planowałam. Przez pierwsze tygodnie robiłam tylko rzeczy konieczne: odbierałam dokumenty ze szpitala, zapłaciłam swoją część rachunku za pogrzeb, uporządkowałam leki stojące na kuchennej półce. Beata prawie się do mnie nie odzywała. Późnym wieczorem słyszałam, jak przesuwa meble w pokoju Marka.
Sześć tygodni po pogrzebie wróciłam z cmentarza i znalazłam walizkę na klatce.
— Dokąd mam pójść? — zapytałam.
— Masz przecież siostrę w Chorzowie.
— Halina mieszka w kawalerce z mężem po udarze.
Beata poprawiła rękaw czarnego swetra. W środku mieszkania na stole leżało zdjęcie z pierwszej komunii Leny. Marek trzymał na nim córkę za ramię, a ja stałam z tyłu z półmiskiem ciasta, bo fotograf przyszedł wcześniej, niż zapowiadano.
— Nie możemy tak dalej mieszkać — odparła. — Marek nie żyje. To było jego mieszkanie, a teraz jest moje i Leny. Potrzebuję zamknąć ten etap.
Nie kłóciłam się na klatce. Drzwi sąsiadki z trzeciego piętra uchyliły się, zanim zdążyłam podnieść walizkę. Pani Zofia wyszła w kapciach i fartuchu, z mokrymi dłońmi.
— Co tu się dzieje? — zapytała.
— Rodzinna sprawa — ucięła Beata.
— Rodzinne sprawy też się załatwia po ludzku.
Synowa zamknęła drzwi. Nie trzasnęła nimi, co z jakiegoś powodu zapamiętałam szczególnie wyraźnie.
Pani Zofia zabrała mnie do siebie. W jej kuchni pachniało gotowaną kapustą, a obok cukiernicy leżały rachunki za prąd i wodę. Zadzwoniła do swojej córki, która wynajmowała niewielkie mieszkanie niedaleko rynku w Chorzowie. Mogłam zatrzymać się tam przez kilka tygodni, dopóki nie ustalę, co dalej.
Następnego ranka Lena przyjechała do mnie tramwajem. Miała dwadzieścia lat, studiowała pedagogikę i od śmierci ojca mówiła ciszej niż zwykle.
— Mama nie powinna była tego robić — zaczęła, zdejmując kurtkę. — Ale ona prawie nie śpi. W pracy wzięła zwolnienie, bank dzwoni w sprawie rat za samochód, a ty ciągle przestawiałaś rzeczy taty.
— Umyłam tylko jego kubek.
— Dla ciebie to tylko kubek. Dla niej może nie.
Postawiłam przed nią herbatę. Chciałam zapytać, czy wiedziała o walizce, ale zamiast tego podałam jej zdjęcie komunijne, które znalazłam między ubraniami. Nie pamiętała, że po uroczystości Marek zawiózł ją na pogotowie, bo dostała duszności. Ja pamiętałam. Beata natomiast zawsze twierdziła, że pojechała z córką sama.
Każda z nas przechowywała inną wersję tej samej rodziny.
Dwa dni później zadzwonił mecenas Robert Kwiecień. Przedstawił się jako prawnik Marka i poprosił, żebym przyszła do jego kancelarii razem z Beatą i Leną. Wspomniał o dokumentach dotyczących mieszkania oraz o testamencie. Syn nie mówił mi, że korzystał z pomocy prawnika.
Spotkaliśmy się w kancelarii przy ulicy Gliwickiej. Beata przyszła pierwsza, z teczką zawierającą rachunki za remont łazienki, wymianę okien i nowe panele. Ułożyła je równo na stole.
— Przez dwadzieścia lat płaciliśmy za to mieszkanie — zaznaczyła. — Nie byłam tu gościem.
Mecenas nie zaprzeczył. Wyjął odpis aktu własności i wyjaśnił, że lokal należał wyłącznie do Marka. Dostał go od ojca w darowiźnie jeszcze przed ślubem, dlatego nie wszedł do majątku wspólnego małżonków. Beata zacisnęła palce na teczce.
— Ale przecież mówił, że mieszkanie jest nasze.
— W codziennym znaczeniu zapewne tak je traktował — odpowiedział prawnik. — W księdze wieczystej właścicielem pozostawał jednak tylko pani mąż.
Potem otworzył kopertę z testamentem. Marek sporządził go osiem miesięcy przed śmiercią, gdy lekarze poinformowali go, że leczenie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Samochód, oszczędności i środki z polisy przeznaczył dla żony i córki. Mieszkanie zapisał mnie.
Beata odsunęła krzesło.
— Jej? — zapytała. — Po wszystkim, co ja tu zrobiłam?
Mecenas przeczytał krótki fragment uzasadnienia. Marek napisał, że chce zapewnić mi miejsce do życia, ponieważ przez lata prowadziłam ich dom, opiekowałam się Leną, a podczas jego choroby zrezygnowałam z własnego mieszkania i oszczędności. Ostatnia część nie była do końca prawdziwa. Kawalerkę sprzedałam wcześniej, lecz pieniądze przeznaczyłam na spłatę jego zobowiązań po zamknięciu firmy.
— Wiedziałaś? — Beata zwróciła się do mnie.
— Nie.
— Rozmawialiście o mnie?
— O tobie rozmawiałam z nim mniej, niż powinnam.
Lena zaczęła zbierać rozsypane rachunki matki. Prawnik wyjaśnił, że testament wymaga przeprowadzenia postępowania spadkowego albo sporządzenia aktu poświadczenia dziedziczenia u notariusza. Dodał też, że zapis mieszkania nie unieważnia ewentualnych roszczeń o zachowek. Mówił spokojnie, ale Beata już go nie słuchała.
— On wiedział, że mnie zostawi z niczym — rzuciła.
— Zostawił ci oszczędności i polisę — przypomniała Lena.
— Nie o pieniądze chodzi.
Na korytarzu synowa zatrzymała mnie przy wieszaku. Powiedziała, że nie wyrzuciła mnie dla mieszkania. Twierdziła, że od lat czuła się we własnym domu jak osoba zatrudniona do pomocy, której nikt nie pyta o zdanie. Według niej poprawiałam sposób, w jaki gotowała, wychowywała córkę i opiekowała się mężem.
Nie zaprzeczyłam od razu. Rzeczywiście wyrzucałam przeterminowane produkty bez pytania. Przestawiałam jej naczynia, bo „tak było wygodniej”. Kiedy Marek zachorował, sama ustalałam terminy wizyt i dawkowanie leków, jakbym tylko ja potrafiła go dopilnować.
— Mogłaś mi powiedzieć — odezwałam się.
— Mówiłam. Tylko zawsze odpowiadałaś, że ziemniaki wykipią albo że trzeba odebrać receptę.
Miesiąc później akt poświadczenia dziedziczenia został podpisany. Do mieszkania wróciłam dopiero w obecności Leny i pani Zofii. Walizka nadal stała w przedpokoju, już bez paska od szlafroka. Beata spakowała większość swoich rzeczy i przeniosła się do siostry, lecz zostawiła kuchenny stół oraz zdjęcia Marka.
Nie poprosiłam jej, żeby została. Ona nie przeprosiła za klatkę schodową.
Filiżankę syna znalazłam w zmywarce, pomiędzy dwoma zwykłymi kubkami. Umyłam ją, postawiłam na stole i zadzwoniłam do Beaty z pytaniem, czy chce ją zabrać. Przez chwilę słyszałam tylko ruch uliczny po drugiej stronie.
— Zostaw ją na razie tam — odpowiedziała. — Jeszcze nie wiem.


