Po ślubie z dziadkiem przyjaciółki usłyszałam, dlaczego wybrał właśnie mnie

Miałam dwadzieścia siedem lat, kiedy siedziałam w kancelarii notarialnej obok mężczyzny starszego ode mnie o prawie pół wieku i podpisywałam dokumenty przed naszym ślubem. Dziś mam pięćdziesiąt trzy lata i nadal pamiętam dźwięk zegara stojącego na regale za plecami notariusza. Tykał tak głośno, że chwilami zagłuszał moje myśli.

Tym mężczyzną był pan Antoni, dziadek mojej najlepszej przyjaciółki Marty.

Poznałam go kilka lat wcześniej podczas niedzielnego obiadu w jego domu pod Poznaniem. Marta pochodziła z rodziny, w której nikt nie pytał, czy wystarczy do pierwszego. Jej dziadek miał firmę budowlaną, kilka nieruchomości i stary dom z dużym ogrodem. Ja wtedy wynajmowałam kawalerkę w bloku, a po zapłaceniu czynszu odkładałam rachunek za dentystę na następny miesiąc.

Antoni nie traktował mnie jednak jak biedniejszej koleżanki wnuczki. Przy stole pytał o moją pracę w księgowości, o mamę mieszkającą samotnie pod Koninem, nawet o to, dlaczego zawsze sprawdzam ceny w restauracyjnym menu, zanim wybiorę danie.

— Przyzwyczajenie — odpowiedziałam kiedyś.

— Dobre przyzwyczajenia zwykle biorą się z niedobrych czasów — powiedział i więcej nie pytał.

Kilka miesięcy później zaprosił mnie na herbatę. Marty nie było w domu.

Usiedliśmy w kuchni, choć w salonie miał meble warte więcej niż moje mieszkanie. Antoni wyjął z kredensu dwa zwykłe kubki i powiedział, że chce mi coś zaproponować.

— Małżeństwo.

Myślałam, że źle usłyszałam.

Nie mówił o miłości. Powiedział wprost, że jest samotny, potrzebuje osoby, której ufa, a mnie może zapewnić bezpieczeństwo finansowe. Miałam dostać mieszkanie i środki wystarczające, by nie martwić się o przyszłość.

— Dlaczego ja?

Przesunął cukierniczkę na środek stołu.

— Bo kiedy wszyscy chcą ode mnie czegoś dostać, pani jako jedyna mówi mi czasem, że robię głupoty.

Odpowiedzi nie dałam tego dnia.

Najtrudniejsza była rozmowa z Martą. Stała przy zlewie i kroiła ciasto przyniesione przez swoją mamę na imieniny Antoniego. Kiedy powiedziałam jej o propozycji dziadka, przestała kroić.

— I co mu odpowiedziałaś?

— Jeszcze nic.

— Ale rozważasz to.

Nie zaprzeczyłam.

Marta odłożyła nóż.

— Myślałam, że jesteśmy sobie bliższe.

Nie musiała mówić więcej. Wiedziałam, za kogo mnie uważa.

Próbowałam tłumaczyć, że od lat spłacam długi po ojcu, pomagam mamie i sama nie mam nic oprócz używanego samochodu oraz oszczędności wystarczających na dwa miesiące. Marta słuchała z rękami opartymi o blat.

— Czyli chodzi o pieniądze.

— Między innymi.

— To przynajmniej nazwij to uczciwie.

Przez następne trzy tygodnie nie odebrała ode mnie telefonu.

Ślub w urzędzie stanu cywilnego był skromny. Antoni przyszedł w granatowym garniturze, ja w kremowej sukience kupionej na wyprzedaży. Jego córka i dwóch synów siedzieli z przodu. Patrzyli na mnie tak, jakby już zastanawiali się, ile będzie ich kosztował zachowek.

Marta przyszła, ale nie podeszła do mnie nawet po ceremonii.

Wieczorem wróciliśmy z Antonim do domu. Nie było żadnej romantycznej kolacji. Zdjęłam buty, nastawiłam wodę na herbatę i zaczęłam zbierać ze stołu kieliszki pozostawione po rodzinie.

Wtedy Antoni przyniósł z gabinetu szarą teczkę.

— Teraz mogę pani powiedzieć wszystko.

Usiadłam.

W teczce były wyniki badań ze szpitala, wypisy, lista leków i opinia kardiologa. Antoni miał zaawansowaną chorobę serca. Lekarze dawali mu najwyżej kilkanaście miesięcy.

— Wiedział pan przed ślubem?

— Od pół roku.

Poczułam przede wszystkim złość.

— To dlaczego mi pan nie powiedział?

Nie odpowiedział od razu. Wyciągnął następne dokumenty. Testament sporządzony u notariusza, odpisy z ksiąg wieczystych, zestawienia z firmowych kont i kopie przelewów.

Dopiero wtedy zaczęłam rozumieć.

Najstarszy syn Antoniego od kilku lat wyprowadzał pieniądze z rodzinnej spółki przez firmy znajomych. Córka próbowała sprzedać jedną z nieruchomości bez wiedzy ojca. Drugi syn naciskał, żeby przepisał majątek wcześniej, przekonując rodzinę, że ojciec „już się gubi”.

Antoni miał również segregator z dokumentami, których nikt z nich najwyraźniej nie znał.

— Chcieli wystąpić do sądu o ograniczenie mi możliwości decydowania o własnym majątku — powiedział. — Zanim zdążyłem umrzeć po ich myśli.

W testamencie część udziałów w spółce zapisał mnie. Wyznaczył mnie również wykonawcą testamentu. Wiedział, że dzieci mogą dochodzić zachowku i zabezpieczył na ten cel pieniądze, ale nie zamierzał zostawiać im pełnej kontroli nad firmą.

Zamknęłam teczkę.

— Przecież wszyscy powiedzą, że właśnie dlatego za pana wyszłam.

— Oni już tak mówią.

— Marta też.

Antoni spojrzał przez kuchenne okno.

— Marta nie zna jeszcze swojej rodziny tak dobrze, jak jej się wydaje.

Cztery dni później przyjechali jego synowie. Rozmowa zaczęła się od rachunków za ogrzewanie, a skończyła na testamencie. Najstarszy podniósł głos, córka nazwała mnie obcą kobietą, a Marta siedziała przy stole ze splecionymi dłońmi.

Antoni położył przed nimi kopie przelewów.

W kuchni zrobiło się cicho.

Okazało się też, że przez trzy lata to on płacił za rehabilitację matki Marty. Jej wuj twierdził wcześniej, że pokrywa te koszty z własnej kieszeni.

Marta wzięła jeden z dokumentów i długo go czytała.

Po spotkaniu znalazła mnie w przedpokoju. Wycierałam stół po kawie, choć właściwie nie było czego wycierać.

— Źle o tobie pomyślałam — powiedziała.

Odłożyłam ścierkę.

— Bardzo szybko źle o mnie pomyślałaś.

Pokiwała głową.

Nie pogodziłyśmy się wtedy. Na to potrzeba było więcej czasu.

Antoni zmarł pięć miesięcy później. Po pogrzebie zaczęły się rozmowy z prawnikami, wezwania, spory o udziały i wyliczenia zachowku. Rodzina próbowała podważyć testament, ale notariusz miał dokumentację, lekarz potwierdził pełną świadomość Antoniego, a księgowa spółki przekazała materiały dotyczące wyprowadzanych pieniędzy.

Trzy tygodnie po pogrzebie Marta przyszła do mojego mieszkania z pudełkiem starych zdjęć dziadka.

Usiadłyśmy w kuchni. Zrobiłam herbatę, ona wyjęła fotografię zrobioną podczas jednej z ostatnich Wigilii. Antoni siedział na niej przy stole i poprawiał okulary, jakby właśnie zamierzał komuś udowodnić, że nie ma racji.

— Brakuje mi go — powiedziała Marta.

— Mnie też.

Została do późnego wieczora.

Kiedy wychodziła, zostawiła jedno zdjęcie na moim kredensie. Antoni stał na nim przed swoim domem, z rękami w kieszeniach starego płaszcza. Do dziś mam tę fotografię.

Nie trzymam jej obok dokumentów spadkowych ani aktu małżeństwa.

Stoi w kuchni, obok cukierniczki.