Panowie z domu kultury owijali nogi pianina grubym kocem, kiedy na podjazd przed blokiem wjechał srebrny opel Marka. Stałam przy drzwiach z laską opartą o framugę. Sąsiadka spod dwójki uchyliła drzwi, bo u nas nic nie mogło wydarzyć się bez cichego świadka.

Marek wysiadł powoli. Najpierw spojrzał na mnie, potem na instrument, który przez trzydzieści lat stał pod oknem w naszym salonie.
— Ewa — powiedział. — Co ty robisz?
Nie odpowiedziałam od razu. Jeden z mężczyzn zapytał, czy mogą schodzić. Skinęłam głową i cofnęłam się do mieszkania, gdzie na stole została niedopita herbata, koperta z umową darowizny i mały śrubokręt, którym odkręcałam ramkę ze zdjęciem mamy stojącym na pianinie.
Miałam pięćdziesiąt dwa lata, kiedy dostałam udaru. Wcześniej uczyłam dzieci muzyki w ognisku przy miejskim domu kultury w Piotrkowie. Nie byłam artystką z afiszy, raczej panią Ewą od gam, etiud i cierpliwego liczenia do czterech.
Tamtego poranka gotowałam zupę pomidorową. Marek szukał kluczy i narzekał, że w mieszkaniu znowu leży za dużo nut. Chciałam mu odpowiedzieć coś zwyczajnego, ale łyżka wypadła mi z dłoni, a słowa ułożyły się inaczej, niż chciałam. Patrzył na mnie przez sekundę za długo, potem zadzwonił po pogotowie.
W szpitalu wojewódzkim siedział przy mnie na korytarzu z kurtką przewieszoną przez kolana. Trzymał mnie za lewą rękę, bo prawa była ciężka i obca. Kiedy pielęgniarka pytała o dokumenty, podał dowód, kartę informacyjną z poradni i numer do mojej siostry Doroty.
— Damy radę — powtarzał.
Przez pierwsze tygodnie chciałam mu wierzyć. Przynosił jogurty, opłacał prywatną rehabilitację, zamontował uchwyt w łazience. W mieszkaniu pojawił się taboret pod prysznic, chodzik pożyczony od sąsiadki i pudełko leków opisane markerem: rano, obiad, wieczór.
Potem codzienność zrobiła się mniej uroczysta. Ćwiczenia były nudne, bolesne i upokarzająco powolne. Logopedka kazała mi powtarzać proste zdania, a ja kiedyś prowadziłam chór dziecięcy i poprawiałam dykcję innym. Uczyłam się zapiąć guzik, ukroić kromkę chleba, przejść od kuchni do łazienki bez chwytania się kredensu.
Marek na początku liczył ze mną kroki. Później zerkał na telefon. Jeszcze później mówił, że ma pilne sprawy w pracy. Gdy prosiłam, żeby poćwiczył ze mną schody, wzdychał tak cicho, że niby nie było o co się przyczepić.
— Jesteś na mnie zły? — spytałam któregoś wieczoru, kiedy układał rachunki za prąd i rehabilitację.
— Nie na ciebie — odpowiedział.
— To na co?
Przez chwilę przesuwał długopis po stole.
— Na to wszystko. Na to, że nic nie jest normalne.
Nie powiedziałam mu wtedy, że dla mnie też nie jest. Zmyłam kubek jedną ręką i odstawiłam go do suszarki.
Cztery miesiące po udarze postawił walizkę w przedpokoju. Nie było krzyku. Tylko jego płaszcz na wieszaku, moje kapcie przy kaloryferze i ta walizka, jakby ktoś położył między nami krawężnik.
— Nie umiem tak żyć — powiedział.
— W chorobie?
Poprawił pasek torby na ramieniu.
— W ciągłym czekaniu, aż będzie lepiej.
— A jeśli będzie wolniej, niż sobie zaplanowałeś?
Milczał, a ja usiadłam, bo noga zaczęła mi drżeć z wysiłku.
— Ewa, ja nie jestem pielęgniarzem.
To zdanie zostało ze mną długo. Nie dlatego, że było najostrzejsze. Dlatego, że powiedział je tonem człowieka, który uważa, że wreszcie nazwał rzecz po imieniu.
Dorota przyjechała dwa tygodnie później z pasztetem, chlebem i złością zapakowaną staranniej niż zakupy. Widziała Marka w kawiarni przy rynku. Siedział z kobietą z biura, trzymali się za ręce nad filiżankami.
— Chciałam podejść — powiedziała, wyjmując talerze z szafki. — Ale pomyślałam, że najpierw musisz wiedzieć ty.
Usiadłam przy stole, na którym leżały skierowania, rachunki i ćwiczenia od logopedki. Nie pytałam, czy jest ładna. To było pytanie dla kogoś, kto jeszcze wierzy, że chodzi o porównanie.
Przez kilka miesięcy robiłam tylko to, co było następne. Rehabilitacja na NFZ, potem prywatnie, kiedy starczało pieniędzy. Wniosek o świadczenie rehabilitacyjne w ZUS-ie. Telefon do banku, zmiana pełnomocnictw, ubezpieczenie mieszkania, dokumenty do separacji.
Dziewięć miesięcy po odejściu Marka porządkowałam segregator ze szpitala. Między wypisem a fakturami za rehabilitację znalazłam kserokopię notatki lekarskiej. Była tam wzmianka o rozmowie z mężem pacjentki, trzy dni po udarze: rokowanie, możliwe trwałe deficyty, obciążenie opieką.
Następnego dnia pojechałam do neurologa. Wzięłam taksówkę, bo autobusy nadal mnie męczyły. Lekarz przeczytał notatkę, zdjął okulary i odłożył je na biurko.
— Pani mąż pytał, jak długo może pani wymagać pomocy — powiedział ostrożnie.
— I co pan mu odpowiedział?
— Że poprawa bywa duża, ale nie ma gwarancji. Że to może być praca na lata.
Patrzyłam na plakat z przekrojem mózgu wiszący za jego plecami.
— Czy on już wtedy wiedział, że odejdzie?
Lekarz nie odpowiedział wprost.
— Był przestraszony. Mówił, że boi się, że zacznie panią obwiniać za życie, którego nie wybrał.
Wróciłam do domu i usiadłam w salonie naprzeciw pianina. Przez lata mówiłam, że gdyby wybuchł pożar, najpierw ratowałabym ten instrument, a potem biżuterię. Był po mamie, ciemny, ciężki, z jednym klawiszem trochę niższym od reszty. Po udarze grałam lewą ręką pojedyncze melodie, prawa doganiała ją niezgrabnie i z opóźnieniem.
Marek często mówił, że bez pianina nie będę sobą. Długo mu wierzyłam.
Dyrektorka domu kultury przyszła obejrzeć instrument w marcu. Program dla dzieci z uboższych rodzin nie miał na czym ćwiczyć. Dotknęła politury tak delikatnie, jakby głaskała starego psa.
— Pani Ewo, my naprawdę będziemy o nie dbać.
— Wiem — odpowiedziałam. — Ono ma jeszcze komuś służyć.
Dokładnie rok po odejściu Marka transport przyjechał rano. Gdy robotnicy znosili pianino, on stanął na klatce schodowej z twarzą człowieka, który wrócił po coś zostawionego w przechowalni.
— Myślałem, że ono zawsze tu będzie — powiedział.
— Ja też.
— Chciałem porozmawiać.
— O czym?
Popatrzył w stronę schodów, gdzie echo niosło ostrożne kroki tragarzy.
— Bałem się. Nie umiałem być mężem i opiekunem. Potem zrobiłem coś głupiego, żeby nie czuć się tchórzem.
— Znalazłam notatkę od lekarza — powiedziałam. — Nie musisz układać tego ładniej.
Usiadł na krześle przy stole. Kiedyś podałabym mu herbatę. Tym razem stałam przy kredensie i czekałam.
— Jest dla nas jakaś szansa? — zapytał.
Za oknem ciężarówka ruszyła spod bloku. W salonie został jasny prostokąt na podłodze, tam gdzie przez lata stało pianino.
— Nie — powiedziałam. — Ty tęsknisz za domem, który zostawiłeś. Ja już w nim nie mieszkam tak jak dawniej.
Marek pokiwał głową, ale jeszcze chwilę siedział. Potem wstał, położył klucze na stole i wyszedł bez zamykania drzwi na zamek. Musiałam podejść powoli i przekręcić klucz lewą ręką.
Wieczorem dyrektorka przysłała mi zdjęcie. Przy moim pianinie siedziała dziewczynka w za dużym swetrze, z palcami ustawionymi nieporadnie nad klawiaturą. Obok stał nauczyciel i pokazywał jej pierwszy akord.
Postawiłam telefon obok filiżanki. W salonie było pusto, ale nie nieprzyjaźnie. Zrobiłam kilka kroków bez laski, od kredensu do okna, i poprawiłam firankę, która zaczepiła się o parapet.


