To był sweter Julki.
Miała jedenaście lat, a ten żółty sweter nosiła niemal każdej soboty, nawet gdy rękawy zaczęły się robić za krótkie. Pamiętam, jak drobne guziki błyszczały w słońcu, a przy kieszeni widniała plama po farbie, która powstała, gdy Julka malowała w szkole. Po wypadku policjant spisał wszystkie rzeczy, które znaleziono w samochodzie: plecak, szkicownik, opaskę do włosów i właśnie ten żółty sweter.

Powiedział, że zwrócą je po zakończeniu czynności.
– Rufi, skąd to masz? – zapytałam, patrząc na naszego psa.
Rufi cofnął się o krok, jakby nie chciał oddać tego, co przyniósł. Odwrócił się w stronę ogrodu, a potem spojrzał na mnie, tak jak zawsze, gdy Julka wołała go na spacer.
Mam pięćdziesiąt dwa lata. Przez większość swojego życia byłam kobietą, która potrafiła załatwić wszystko: umawiać wizyty u lekarzy, składać wnioski w urzędach, pilnować rat kredytowych oraz przygotowywać niedzielne obiady dla sześciu osób. Jednak po śmierci Julki najprostsze czynności zaczęły zajmować mi całe przedpołudnia.
Wstawiałam pranie, a potem zapominałam je rozwiesić. Gotowałam herbatę, a po chwili znajdowałam ją zimną na parapecie.
Mój mąż, Andrzej, wrócił ze szpitala kilka dni wcześniej. To on prowadził samochód w dniu wypadku. Lekarze pozwolili mu chodzić tylko o kulach, a rehabilitant przyjeżdżał do nas dwa razy w tygodniu.
Andrzej nie pytał o wypadek i nie chciał oglądać dokumentów. Gdy ktoś dzwonił z policji albo z ubezpieczalni, podawał mi telefon, a sam wpatrywał się w okno.
Tego poranka spał na kanapie w salonie. Nie budziłam go. Wsunęłam stopy w kalosze, narzuciłam kurtkę na piżamę i poszłam za Rufim.
Pies przecisnął się przez luźną deskę w płocie. Po drugiej stronie znajdowała się zaniedbana działka, która należała do pana Sobczaka. Od dwóch lat mieszkał w domu opieki.
Na działce stała stara szopa, kilka owocowych drzew oraz altana z zapadniętym dachem. Julka czasami przechodziła tamtędy wracając ze szkoły, mimo że prosiłam ją, żeby trzymała się chodnika.
Rufi zatrzymywał się co kilka metrów, a żółty sweter ciągnął się za nim po mokrej trawie. Kiedy dotarliśmy do szopy, położył go na ziemi i zaczął cicho skomleć.
Drzwi były uchylone. W środku unosił się zapach wilgotnego drewna, suchych liści i karmy dla zwierząt. Pod ścianą stał karton wypełniony ubraniami.
Rozpoznałam szary polar Julki, starą czapkę z pomponem oraz koszulkę z wycieczki szkolnej. Na środku leżała drobna bura kotka, a przy jej brzuchu poruszały się cztery kocięta.
Usiadłam na odwróconej skrzynce, czując, jak emocje zaczynają mnie przytłaczać. Dopiero wtedy zauważyłam plastikową miskę, pustą puszkę po karmie oraz zeszyt schowany pod kawałkiem folii. Na pierwszej stronie Julka zapisała daty.
Obok widniały krótkie uwagi: „zjadła pół puszki”, „nie boi się Rufiego”, „trzeba przynieść cieplejszy koc”.
Ostatni wpis pochodził z piątku przed wypadkiem.
„Jeśli będą małe, powiem mamie. Ona będzie wiedziała, co zrobić”.
Położyłam zeszyt na kolanach. Rufi wsunął głowę pod moją dłoń, szukając pocieszenia. Przez chwilę słuchałam tylko oddechu kotki i kapania wody z dachu.
Żółty sweter leżał obok kartonu. Dopiero po kilku minutach zauważyłam, że plama przy kieszeni była po prawej stronie, a w swetrze zabranym przez policję znajdowała się po lewej.
Julka miała dwa takie same swetry. Drugi kupiłam na wyprzedaży, gdy pierwszy zaczął się mechacić. Zupełnie o nim zapomniałam.
Wróciłam do domu po transporter, ręczniki i telefon. Andrzej już nie spał. Stał przy stole, wsparty na jednej kuli, i trzymał policyjny protokół.
– Gdzie byłaś? – zapytał, a w jego głosie słychać było niepokój.
Położyłam przed nim zeszyt Julki. Czytał powoli, a jego twarz zmieniała się z każdą kolejną linijką. Przy ostatnim zdaniu odsunął krzesło i usiadł.
Powiedział, że to jego wina, że nie wiedział o kotce, że nie zauważył, dokąd córka chodziła, i że nawet tamtego dnia wybrał złą drogę.
– Nie możemy teraz rozstrzygnąć całego naszego życia – odpowiedziałam, starając się zachować spokój. – W szopie są kocięta. Najpierw trzeba je zabrać do weterynarza.
Andrzej spojrzał na mnie długo, a potem sięgnął po kurtkę. Nie mógł przejść przez błoto, więc zadzwoniliśmy do sąsiada, pana Mietka. To on przyniósł karton, a ja niosłam kotkę.
Rufi szedł obok, pilnując każdego kroku.
Weterynarka powiedziała, że zwierzęta są wychudzone, ale zdrowe. Sprawdziła kotkę, zapisała karmę i poprosiła, żeby przez kilka tygodni nie rozdzielać jej z młodymi. Rachunek schowałam do tej samej teczki, w której trzymałam dokumenty po Julce.
Andrzej zapłacił bez słowa, a ja poczułam, jak ciężar emocji zaczyna mnie przytłaczać.
Następnego dnia zadzwoniłam na komisariat. Funkcjonariusz prowadzący sprawę poprosił, żebym przyjechała z ubraniem. W małym pokoju obok dyżurki porównał sweter ze zdjęciem dołączonym do protokołu.
Ten znaleziony w samochodzie nadal znajdował się w zabezpieczonym worku i miał inny numer na metce.
Policjant dopisał krótką notatkę, a potem zapytał, czy potrzebujemy kontaktu do psychologa współpracującego z ośrodkiem pomocy rodzinie. Wzięłam wizytówkę. Andrzej początkowo nie chciał o niej słyszeć, lecz położył ją obok rozpiski rehabilitacji i już jej nie wyrzucił.

W domu urządziliśmy legowisko w pralni. Mąż siedział przy drzwiach na taborecie i podawał mi ręczniki. Wieczorem zadzwoniła moja siostra Beata.
Powiedziałam jej tylko, że znaleźliśmy zwierzęta, którymi Julka się opiekowała. Beata przez chwilę milczała, a potem zapytała, czy przywieźć karmę. Odpowiedziałam, że tak, najlepiej tę wskazaną przez weterynarkę.
Przez następne dni Andrzej częściej wstawał z kanapy. Odmierzał porcje karmy, zmieniał wodę i zapisywał wagę kociąt w zeszycie córki. Nie przestał milczeć, ale zaczął chodzić na rehabilitację bez mojego przypominania.
Pewnego wieczoru powiedział, że chce pojechać ze mną na cmentarz.
Zabraliśmy żółty sweter. Nie zostawiliśmy go na grobie. Położyłam tam tylko mały kamień, który Julka pomalowała kiedyś na niebiesko.
Sweter wrócił z nami do domu i zawisł na oparciu krzesła w pralni.
Dwa kocięta znalazły dom u Beaty, jedno zabrała weterynarka, a ostatnie zostało z nami razem z matką. Andrzej nazwał je Plamka, choć wcale nie miało plam. Nie poprawiłam go, czując, że to małe imię ma swoją historię.
Wiosną wymieniliśmy luźną deskę w płocie. Zeszyt Julki trzymaliśmy na kuchennym kredensie, obok książeczki zdrowia kotki i rozpiski rehabilitacji Andrzeja. Czasem wieczorem Rufi kładł się przy pralni, a Plamka zasypiała między jego łapami.
Żółty sweter nadal wisiał na krześle. Nie praliśmy go i nie chowaliśmy. Kiedy otwierałam rano drzwi do ogrodu, jego rękaw poruszał się lekko od przeciągu, przypominając mi o Julce i o tym, co straciliśmy, ale także o tym, co udało nam się ocalić.


